Porwanie Hippodamii Smuglewicza – 10% grafiki, 90% malarstwa

22 stycznia 2022

Porwanie Hippodamii Smuglewicza – 10% grafiki, 90% malarstwa

To, co przedstawia "Porwanie Hippodamii" to  w największym skrócie sytuacja kiedy zaprasza się kogoś na jakąś uroczystość (w tym przypadku ślub), a ten upiwszy się, zaczyna "rozrabiać". Tak było właśnie z weselem Hippodamii (córki króla Ojnomaosa) i Piritousa. Wiadomo, że ogólnie lepiej nie zapraszać na żadną uroczystość Centaurów (nie potrafią się zachować). 

 

Tym razem niejaki Eurytus, upiwszy się, postanowił uprowadzić pannę młodą. Trzyma ją w pasie wyrywając świeżo poślubionemu Piritousowi. Na pijanego Centaura naciera Tezeusz. Wszystko skończyło się pomyślnie i Centaury zostaną zaraz wyproszone z wesela. Uderza stateczno-dynamiczny układ większości postaci, przedstawiona w dynamicznym ruchy sprawia wrażenie dziwnie statyczne, co jest typową cechą klasycyzmu – każda czynność jak bohaterską by nie była, powinna zachować w sobie odpowiednią powagę.

 

Karta pochodzi z "Vestigia delle Terme di Tito", jednej z najważniejszych publikacji XVIII wieku, opisujących pozostałości po starożytnych. Faktycznie opisywała wnętrza Złotego Domu Nerona, mylonego wówczas ze zbudowanymi na jego ruinach termami cesarza Tytusa. W tworzeniu książki wziął udział wybitny artysta polskiego klasycyzmu, stypendysta króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, Franciszek Smuglewicz. Powstału dwie wersje: czarno-biała i luksusowa – kolorowa, wydana zaledwie w 30 egzemplarzach, dwudziestokrotnie droższa od tej pierwszej. Jej cena musiała być znacząca, skoro kosztowała tyle ile wynosiło półroczne kieszonkowe Stanisława Kostki Potockiego podczas jego pierwszej podróży po Europie w 1772 roku. Ilustracje pochodzące z kolorowej wersji "Vestigia" są wielką rzadkością i znajdują się w kolekcjach zaledwie sześciu muzeów na świecie.

 


Ciekawostką kolorowej edycji jest sposób, w jaki była tworzona. Kolekcjoner grafiki może długo wodzić wzrokiem po tej odbitce, szukając rytowanych linii. Wyglądają one "niepokojąco" malarsko i łatwo dojść do wniosku, że ma się do czynienia po prostu z wykończoną, kolorową, rysunkową pracą Smuglewicza. Prawda leży pośrodku. Właściwie nie pośrodku. Mamy bowiem do czynienia z pracą na papierze "nanizaną" na graficzny" szkielet. Użyto tu płyty akwafortowej, na której zaznaczono (bardzo delikatnie) zarysy. Owe zarysy są tak delikatne, że prace te nieraz były katalogowane jako namalowane gwaszem i akwarelą na papierze. I trudno się dziwić, ponieważ mamy do czynienia z malarstwem podążającym za graficznym konturem.