Nowa ekspresja i muzyka
Synestezja i wszelkie inne zjawiska łączące sztuki wizualne i muzykę nie są dzisiaj niczym nowym. Dźwięki od zawsze inspirowały artystów plastyków, tak samo jak obraz był punktem wyjścia do tworzenia muzyki. Te dwie dziedziny sztuki swobodnie się przenikają i uzupełniają.
Szczególnie ciekawie wyglądało to przypadku artystów związanych z ruchem nowej ekspresji, którzy bardzo często eksperymentowali także w obszarze muzyki. Przykładem jest twórczość neoekspresjonisty szwajcarskiego pochodzenia znanego pod pseudonimem AR Penck, który wypracował oryginalny sposób konstruowania obrazów z tzw. stick-figure – postaci przypominających malowidła naskalne. Próbując bezskutecznie dostać się do jednej z kilku szkół artystycznych byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, Penck zdecydował się na samodzielne uprawianie sztuki. W 1957 roku poznał artystę Georga Baselitza, który stał się dla niego ważnym przyjacielem i źródłem inspiracji.
W latach sześćdziesiątych AR Penck wytworzył charakterystyczną dla siebie figuralną estetykę postaci z patyczków oraz jednolitych znaków i symboli, które przypominały prehistoryczne rysunki naskalne. Eksperymentował z nietypowymi materiałami rzeźbiarskimi używając kartonów, pustych plastikowych butelek i innych znalezionych przedmiotów. W latach 70. artysta mieszkał w ówczesnym Berlinie Zachodnim. Regularnie jego twórczość poddawana była inwigilacji komunistycznego rządu, dlatego też używał kilku pseudonimów. Różne tożsamości ułatwiały mu pokazywanie prac poza NRD. W 1969 roku Penck przemycił swoje prace do Kolonii na indywidualną wystawę w galerii Michaela Wernera, który stał się jego głównym zwolennikiem. Penck, chociaż mieszkał w Berlinie Wschodnim, regularnie wystawiał swoje prace w Niemczech Zachodnich, głównie dzięki wsparciu Wernera. Pod koniec lat siedemdziesiątych artysta zaczął pracować w drewnie, tworząc rzeźby inspirowane sztuką totemiczną i plemienną. Kilka lat później zaczął wprowadzać do swoich rzeźb brąz i żelazo. Oprócz sztuki wizualnej pochłaniało go tworzenie muzyki i regularne wstępy przed publicznością. W 1979 roku wydał swój pierwszy album pt. Gostritzer 92. Koncerty towarzyszyły otwarciom wystaw, a jego muzyka była podobnie jak sztuka dzika, nieokiełznana i podlegająca ciągłym przemianom.
Rodzimym artystą, który swoim stylem z lat 80. był niezwykle bliski niemieckiej i amerykańskiej neoekspresji jest Marek Kamieński. Mówi się o nim, że był jednym z najgłośniejszych "polskich dzikich", a to nie tylko ze względu na jego styl, ale także na łomot, który towarzyszył otwarciom jego wystaw. Kamieński był producentem, a czasami wokalistą zespołu Zilch z którym występował na legendarnym festiwalu w Jarocinie. Dzisiaj zapisy tych występów zostały zremasterowane i znajdują się w wydawnictwie "Best of Jarocin". Wystawy Kamieńskiego były burzliwymi wydarzeniami, wzbudzały kontrowersje oprawa muzyczną, tematami obrazów, a także video, które pokazywały m.in. playboyowskie dziewczyny na żywo. O swojej muzyce Kamieński mówił: "Robiliśmy takie cross over, ale wtedy nie miało to jeszcze nazwy, czyli mieszanie konwencji i stylów muzycznych. To był punk hardcorowy, bardzo hałaśliwy, grany równolegle z fragmentami muzyki współczesnej, czyli najczęściej wokalizami, przypominającymi Schönberga, ewentualnie improwizacjami skrzypcowymi w stylu Webera". Zespół Kamieńskiego nazywał się Zilch czyli "zero" w angielskim slangu, co było nawiązaniem do rozmowy Lennona i MacCartneya, gdzie John powiedział do Paula: "Jeździsz po świecie z tą swoją gitarą, ale to jest nieważne – zero. Ja piekę chleb i opiekuję się synem, to jest coś".
Zespół funkcjonował przez 5 lat, grał punk na żywo z towarzyszeniem nagrań z taśmy. Kamieński w swoich wypowiedziach zrównywał nową ekspresję w malarstwie i muzykę punk rockową mówiąc:
"Uważam, że Nowa ekspresja byłą przy zachowaniu wszelkich miar, jak muzyka punk rockowa, która tez bywała ideologią. Sama, żeby uzyć takiej hipostazy, ograniczyła pole, na którym działała do przysłowiowych trzech akordów. Ale poparta autentycznym talentem potrafiła wydac dzieła takie jak ‘Der Übergang' AR Pencka, ‘Grillo' Basquiata, czy u nas ‘Czaszkę Hitlera', ewentualnie ‘Spacer z psem' Zdzisława Nitki oraz ‘London Calling' zespołu The Clash"
(Bez tytułu. Rozmowa z Markiem Kamieńskim przeprowadzona przez Krzysztofa Stanisławskiego, [w:] Nowa ekspresja. 20 lat. Vol 2. [kat. wyst.] Galeria Sztuki Współczesnej BWA w Olsztynie, Olsztyn 2009, s. 96).
"Trzy kaczorki z jedną nerką
to tytuł utworu na taśmę i zespół punkrockowy, który niemal dokładnie w połowie dekady lat 80. wykonywałem wraz z grupą Zilch na Festiwalu Muzycznym w Jarocinie. Składał się on z kilku części – każdej utrzymanej w odmiennej estetyce – od śpiewu operowego, poprzez bruityzm, elementy technik skrzypcowych wykorzystanych przez Krzysztofa Pendereckiego w utworze "Tren – Ofiarom Hiroszimy", po fragmenty, jak się wtedy mówiło "zimnofalowe", a wszystko przeplatane wybuchami hardcore punka. Widać w obcym języku, kiedy nie musimy przestrzegać konwencji, łatwiej nam wypowiedzieć to, co z trudem przychodzi nam w naszym własnym – języku malarstwa.
Wspominamy bowiem dekadę, która przez przynajmniej swoją pierwszą połowę została zdominowana przez różne odmiany języka ekspresji. A ja nigdy nie byłem ekspresjonistą "na pełen etat", jak choćby Wiesław Obrzydowski, bo do tego, by nim być, trzeba się takim po prostu urodzić.Ponieważ dla mnie ekspresja to owszem, "sól malarstwa", ale też jedna z sił natury – jak płomień, który nigdy nie wygasa. Od urodzonego ekspresjonisty jego sztuka wymaga żelaznej kondycji i nieugiętości bohaterów kreskówek, a także wytrwałości na polu bitwy – to z kolei imperatyw odczuwany ciągle przez oba podmioty liryczne "Piosenki starych kochanków" Jacquesa Brela, jestem inny, więc dlatego tamtą dekadę, przynajmniej jej drugą połowę, zaliczam już do okresu (każdy czas ma swój okres) mojego prywatnego postmodernizmu. Ostatecznie przecież de Kooning nie zawsze bywał w swym malarstwie abstrakcyjny, a Rothko raczej rzadko – ekspresjonistyczny".
Marek Dariusz Kamieński