21 października w DESA Unicum odbędzie się aukcja kolekcji Wojciecha Fibaka – jednego z najważniejszych polskich kolekcjonerów. Pod młotek trafi ponad 150 obiektów plastycznych i rzemiosła, które przez lata tworzyły niepowtarzalny klimat jego paryskiej rezydencji w Boulogne. To tam, u szczytu kariery sportowej i światowej popularności, gromadził dzieła sztuki i gościł znane osobistości.
Wystawa prezentująca prace artystów takich jak: Mela Muter, Władysław Ślewiński, czy Tadeusz Makowski to symboliczny moment pożegnania z okresem paryskim i punkt zwrotny w działalności kolekcjonera, który – kontynuując rozwój kolekcji – chce wspierać artystów Nowego Pokolenia. Ekspozycję „Mój Paryż. Dzieła wybrane z kolekcji Wojciecha Fibaka” można oglądać do 21 października w siedzibie DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A w Warszawie. To pierwsza z kilku wystaw prezentujących zbiory prywatnych kolekcjonerów, zaplanowanych na szczyt sezonu aukcyjnego.
Był okres, gdy za granicą wymieniano go obok Wałęsy i Wojtyły. Znał Hugh Granta, w Greenwich mieszkał po sąsiedzku z Mickiem Jaggerem. Początki wyjątkowej kolekcji Wojciecha Fibaka sięgają lat 70., kiedy młody tenisista, podróżując po świecie, zetknął się z galeriami Nowego Jorku i Paryża.
Dekadę później, w 1981 r. w stolicy Francji wszedł w posiadanie wyjątkowej nieruchomości, Pałacyku przy Rue des Arts, który stopniowo wypełniał dziełami artystów z kręgu École de Paris. Korzystając z popularności, konsekwentnie budował markę Polski, promując nieznane wówczas nazwiska. Zbierana od końca lat 70. i przez lata 80. prywatna kolekcja Wojciecha Fibaka była pierwszą szeroko zaprezentowaną po przemianach 1989. Przypieczętowana wystawą w warszawskim Muzeum Narodowym, uformowała kanon polskiego kolekcjonerstwa.
„Mój Paryż. Dzieła wybrane z kolekcji Wojciecha Fibaka” to kolejna – po prezentacjach kolekcji Grażyny Kulczyk, Jana Borysewicza i Andy Rottenberg – wystawa oraz aukcja prac pochodzących z kolekcji znanej postaci, organizowana w DESA Unicum. To również rzadki przykład zbioru, który łączy wysoką wartość artystyczną z osobistą historią kolekcjonera znanego szerokiej publiczności nie tylko ze świata sztuki, ale i sportu. Pod młotek trafi szeroki przekrój obiektów, od rzemiosła, przez malarstwo. Od dawnych mistrzów – Tadeusza Makowskiego, Władysława Ślewińskiego czy Melę Muter, po najmłodszą pracę Marcina Maciejowskiego z 1999 r.
Wyjątkową wystawę można odwiedzać do 21 października w siedzibie DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A w Warszawie.
Stanisław Wyspiański, "Dziewczynka z kwiatami", 1893
Wojciech Fibak na tarasie paryskiego pałacyku, fot. Czesław Czapliński, archiwum WF
Carrington z Poznania
Gdy w Polsce publiczność wyczekiwała kolejnych odcinków „Dynastii”, utalentowany tenisista prowadził życie niczym bohater kultowego serialu. Od turniejów rozgrywanych na całym świecie, przez znajomości z największymi gwiazdami sportu i kultury, otwierał drzwi, o których w latach 80. inni mogli jedynie marzyć. Kolekcjonerstwo od zawsze było integralną częścią jego działalności. Pierwszy obraz kupił w Poznaniu jako dziewiętnastolatek, w czasach, gdy w PRL tworzenie własnego zbioru nie było ani łatwe, ani powszechne. Wojciech Fibak szybko zafascynował się sztuką i znalazł swój unikalny sposób na jej kolekcjonowanie.
Pałac z pierwszych stron gazet
Prezentowane na wystawie obiekty pochodzą w znacznej mierze z posiadłości przy rue des Arts w Paryżu. Do jej urządzenia Fibak sprowadził najlepszych architektów francuskich, aby doprowadzić posiadłość do świetności w duchu XVII - wiecznym. Jej położenie również nie było przypadkowe. Usytuowana z jednej strony naprzeciwko kortów Rolland Garros z lat 20., a z drugiej dawnych pracowni Corbusiera i Chagalla, idealnie wpisywała się w obie pasje. W odrestaurowanej willi Fibaka bywali regularnie Daniel Olbrychski, Sławomir Mrożek, Alain Delon, Robert De Niro czy Jean-Paul Belmondo.
Jedna z najlepszych polskich kolekcji
Goście Fibaka mieli poznawać artystów, w których prace inwestował. Kolekcjoner, prowadził ponadto galerię „Albert 1er”, gdzie promował cenione dzisiaj nazwiska artystów Szkoły Paryskiej, w tym Melę Muter, której sztuka pozostawała wówczas nierozpoznawalna. Konsekwentna działalność sprawiła, że kolekcja Wojciecha Fibaka szybko zyskała rangę jednej z najważniejszych w Polsce. Nie ograniczała się jedynie do gromadzenia dzieł, ale stanowiła narzędzie promocji artystów, zwłaszcza polskich przedstawicieli École de Paris. W 1992 roku zbiory Fibaka zostały po raz pierwszy szeroko zaprezentowane publiczności w Muzeum Narodowym w Warszawie, co było wydarzeniem bezprecedensowym: prywatna kolekcja, obejmująca prace m.in. Tadeusza Makowskiego, Władysława Ślewińskiego, Meli Muter, Eugeniusza Zaka i Jana Lebensteina, znalazła się w przestrzeni instytucji narodowej. Od tamtego momentu zbiory kolekcjonera były eksponowane w ponad 20 publicznych muzeach i galeriach w całej Polsce, a od 2001 roku również w Galerii Fibak.
Neogotycki salon domu Wojciecha Fibaka w Greenwich
Pożegnanie z Paryżem
Wystawa w DESA Unicum jest zapisem ważnego okresu w życiu Kolekcjonera. Na aukcję trafi ponad 150 obiektów – od wyjątkowego rzemiosła artystycznego, w tym mebli z epoki Ludwika XVI i secesji wiedeńskiej, poprzez srebra i platery, aż po malarstwo najważniejszych dla Kolekcjonera twórców sztuki dawnej. Wśród nich znajdują się dzieła Piotra Michałowskiego, Tadeusza Makowskiego, Meli Muter, Eugeniusza Zaka, Leopolda Gottlieba, Zygmunta Menkesa, Gustawa Gwozdeckiego, Władysława Ślewińskiego, Stanisława Wyspiańskiego, Rafała Malczewskiego czy Stanisława Ignacego Witkiewicza. Sztuka po 1945 roku skupia się wokół artystów, którzy rozwijali swoje koncepcje twórcze w kręgu sztuki paryskiej – takich jak Tadeusz Kantor, Teresa Rudowicz, Bronisław Kierzkowski czy Alfred Lenica. Prezentowane są także prace twórców szczególnie promowanych w okresie działalności galerii przy Krakowskim Przedmieściu, jak Jerzy Kałucki oraz artystów związanych z rodzinnym Poznaniem, m.in. Magdaleny Abakanowicz i Jana Berdyszaka.
Nowy rozdział
Decyzja o wystawieniu kolekcji na aukcję symbolicznie zamyka ważny rozdział w życiu Wojciecha Fibaka — czas związany z paryską rezydencją i okresem, gdy jego droga sportowa przeplatała się z pasją kolekcjonerską. Zgromadzone przez dekady dzieła nie stanowiły wyłącznie prywatnego zbioru o wysokiej wartości artystycznej; były także narzędziem promocji polskich twórców, zwłaszcza artystów z kręgu École de Paris, w kraju i za granicą. Dzisiejsza decyzja nie jest więc rozstaniem ze sztuką, lecz świadomym gestem otwarcia — przekazania obiektów dalej, by mogły inspirować kolejne pokolenia i tworzyć nowe kolekcje. Sam Fibak kieruje swoją uwagę ku przyszłości, koncentrując się na wspieraniu młodych artystów Nowego Pokolenia, którzy dopiero budują swoją pozycję.
Wyróżnione obiekty
Tadeusz Makowski
"Króliki w klatkach" ("Niches à lapins"), 1927
Fotel, model numer 720
1901
Jacob & Josef Kohn, Wiedeń, proj. Josef Hoffmann
Tadeusz Brzozowski
"Filut", 1972
Eugeniusz Zak
"Głowa młodzieńca w szpiczastej czapce", około 1922-24
Jan Lebenstein
"Figura osiowa nr 20" ("Axial Figure Number 20")
Biurko gabinetowe
1902
proj. Leopold Bauer
Stanisław Wyspiański
"Dziewczynka z kwiatami", 1893
Jan Tarasin
"Brzeg" I, 1965
Shaker i cukiernica "Skyscraper"
lata 30. XX w.
Bernard Rice's Sons, proj. Louis W. Rice
Kolekcja kolekcji
wokół zainteresowań kolekcjonerskich Wojciecha Fibaka
Wojciech Fibak – znakomity tenisista, a zarazem wybitny kolekcjoner sztuki – odegrał kluczową rolę w popularyzacji dzieł polskich artystów emigracyjnych tworzących we Francji, zaliczanych do tzw. École de Paris (Szkoły Paryskiej). Jego pasja kolekcjonerska rozwinęła się pod koniec lat 70., kiedy zaczął systematycznie wyszukiwać i gromadzić obrazy takich twórców jak Eugeniusz Zak, Mela Muter, Leopold Gottlieb czy Zygmunt Menkes – czyli malarzy, których nazwiska dziś są wśród miłośników sztuki powszechnie znane, choć w tamtych czasach ich dzieła dostępne były przede wszystkim zagranicą.
Wojciech Fibak wspomina, że pierwsze prace polskich klasyków École de Paris kupił już w 1979 roku podczas wizyty u zaprzyjaźnionego marszanda Zbigniewa Legutko w Trenton w New Jersey. Z czasem uczynił z tej dziedziny swą specjalność, ambicjonalnie pragnąc pokazać mniej znany rozdział polskiego malarstwa powstałego w Paryżu, tym bardziej że większość tych dzieł znajdowała się poza granicami kraju.
Kulminacją tych starań była wielka wystawa kolekcji Ewy i Wojciecha Fibaków, zorganizowana w 1992 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie, a następnie w muzeach narodowych w Poznaniu i Krakowie. Była to pierwsza tak obszerna prezentacja prywatnej kolekcji sztuki emigracyjnej i klasycznego malarstwa polskiego po przemianach ustrojowych. Te wystawy, a także inne ekspozycje w latach 90., przenosiły prace Wojciecha Fibaka do Muzeum Narodowego w Szczecinie i placówek muzealnych Wrocławia, Łodzi, Sopotu czy Olsztyna, gdzie dzieła École de Paris oraz klasyków XIX i XX wieku ukazywano szerokiej publiczności.
Władysława Jaworska, autorytet w dziedzinie historii sztuki nowoczesnej i znawczyni twórczości Władysława Ślewińskiego oraz Tadeusza Makowskiego (a zwłaszcza Makowskiego, który jest ulubionym malarzem Wojciecha Fibaka i którego prace stanowią trzon prezentowanej aukcyjnej kolekcji) – we wstępie do katalogu z 1992 roku zauważyła, że kolekcjoner jest twórcą największego zbioru dzieł polskich i polsko-żydowskich malarzy École de Paris. Agnieszka Ławniczakowa i Agnieszka Morawińska w swoich tekstach z tamtego okresu podkreślały, że publiczne prezentacje dzieł tej kolekcji pozwoliły krajowemu środowisku miłośników sztuki rozpoznać i docenić wartość artystów Szkoły Paryskiej, którzy do tej pory byli często poza zasięgiem szerokiej publiczności.
Kolekcja Wojciecha Fibaka od początku odznaczała się rozmachem i wysoką jakością – przyświecała mu zasada, by nabywać z najlepszych źródeł wybitne prace wybitnych artystów. Dzięki temu już w latach 80. i 90. udało mu się zgromadzić kilkadziesiąt arcydzieł malarstwa polskiego. Jego zbiory obejmowały nie tylko obrazy École de Paris, ale i kanoniczne dzieła klasyków XIX i XX wieku: miał w kolekcji między innymi płótna Jacka Malczewskiego i Leona Wyczółkowskiego, a także – co znamienne – największy na świecie prywatny zbiór kilkunastu obrazów olejnych Piotra Michałowskiego. Fibak nie wahał się pozyskiwać obrazów nawet od innych wybitnych kolekcjonerów – wymieniał się dziełami z takimi postaciami jak Barbara Piasecka-Johnson, oddając np. monumentalne kompozycje Henryka Siemiradzkiego czy Jana Matejki w zamian za obrazy ulubionych paryskich artystów-emigrantów.
Warto podkreślić, że Wojciech Fibak nie tylko sam kolekcjonował arcydzieła, ale też inspirował innych do tworzenia własnych zbiorów. Jego przykład zachęcił między innymi Krzysztofa Musiała. Musiał skupiał się jeszcze na malarstwie XIX-wiecznym, ale kontakt z kolekcją Fibaka rozbudził w nim zainteresowanie Szkołą Paryską, a także twórczością Jana Lebensteina, co dało początek nowej, wspaniałej kolekcji z obszaru sztuki XX wieku. Tom Podl, polonijny kolekcjoner z USA, również zaczął budować swój zbiór po wizycie w domu Fibaka w Greenwich. Marek Roefler, twórca jednej z największych na świecie kolekcji malarstwa École de Paris oraz założyciel prywatnego muzeum Villa la Fleur w Konstancinie-Jeziornie, wielokrotnie podkreślał, że to właśnie kontakt z dziełami zgromadzonymi przez Fibaka ukształtował jego własne wybory artystyczne. Zbiory Roeflera, rozbudowywane przez ponad trzy dekady, stały się dziś punktem odniesienia dla międzynarodowego środowiska kolekcjonerskiego. O randze tej kolekcji świadczy fakt, że 17 października bieżącego roku otwiera się w prestiżowym Musée de Montmartre w Paryżu obszerna prezentacja dzieł z Villa la Fleur – wydarzenie, które potwierdza międzynarodowe znaczenie polskich artystów kręgu Szkoły Paryskiej. Sam Fibak przyznaje, że cieszy go wpływ, jaki wywarł na kolegów: „mówi się, że pomogłem najpierw koniunkturze na Szkołę Paryską, a potem na polską sztukę współczesną. Obudziłem je bardzo aktywnym zbieraniem” – stwierdza. To wymowne świadectwo pokazuje, że Fibak ukształtował krajobraz kolekcjonerski w Polsce po 1989 roku, wskazując kierunki, którymi podążyło wielu naśladowców i także dziś wytycza nowe ścieżki, intensywnie zbierając wybitne prace artystek i artystów Nowego Pokolenia.
Sukcesy sportowe otworzyły Fibakowi drzwi do międzynarodowych salonów – jego pozycja w świecie tenisa, zwłaszcza na Zachodzie, pomogła mu nawiązać kontakty w środowisku marszandów i artystów. Wykorzystał to, by promować polską sztukę za granicą. Już w latach 80. zaangażował się w wydawanie dwujęzycznego magazynu „Pro Arte: Polish Art in the Western World” („Sztuka polska w świecie”), poświęconego w całości polskiej sztuce XX wieku. Pismo ukazywało się w latach 80. z inicjatywy Wojciecha Fibaka, a redaktorem naczelnym został Zbigniew Michael Legutko. „Pro Arte” było bogato ilustrowane oryginalnymi grafikami i popularyzowało wiedzę o zapomnianych polskich artystach-emigrantach – na jego łamach przybliżano sylwetki m.in. Eugeniusza Zaka, Zygmunta Menkesa, Gustawa Gwozdeckiego, Bolesława Biegasa, Tamary Łempickiej czy Stanisława Szukalskiego. Ta pionierska publikacja, rozsyłana do instytucji i kolekcjonerów, istotnie podniosła świadomość o polskim malarstwie na emigracji wśród zachodnich odbiorców.
Równolegle Fibak współtworzył galerię sztuki w centrum Paryża – Galerie Albert Ier. W tej galerii już w 1990 roku zorganizowano wystawę obrazów Meli Muter. Było to znaczące przedsięwzięcie: dzieła Muter i innych polskich paryżan po dekadach nieobecności zawisły na ścianach paryskiej galerii, trafiając do światowej publiczności oraz do katalogów zachodnich domów aukcyjnych. Fibak poprzez Galerie Albert Ier i „Pro Arte” świadomie łączył dwa światy – polski i paryski – budując pomost, który pozwolił polskiej sztuce zaistnieć w globalnym obiegu wystawienniczym i rynkowym.
Wojciech Fibak, Paryż, 1975
Mój Paryż
Z Wojciechem Fibakiem rozmawia Tomasz Dziewicki
TD: Panie Wojciechu, zacznijmy od Pańskich początków w Paryżu. Proszę opowiedzieć o okolicznościach zakupu pałacu?
WF: W 1977 roku, jako dwudziestopięcioletni tenisista, kupiłem swoją pierwszą nieruchomość na Zachodzie – apartament w Paryżu. Dekorację jego wnętrz powierzyłem Alberto Pinto, dla którego był to jeden z pierwszych projektów; później zyskał światową sławę. Mieścił się on w modernistycznym budynku naprzeciw legendarnych kortów Roland Garros z lat 20., a po drugiej stronie rozciągał się Lasek Buloński. Z okien rozpościerał się też widok na piękny ogród oraz starą, zaniedbaną willę, o której dowiedziałem się, że była dawnym Pavillon de Chasse, czyli Pawilonem Myśliwskim. Trzysta lat wcześniej ta część Paryża była wciąż wsią, otoczoną polami. Królowie francuscy zatrzymywali się tu w drodze z Luwru do Wersalu. Z czasem ustaliłem, kto jest właścicielem tej rezydencji, i w 1981 roku udało mi się odkupić ją od jednej z arystokratycznych francuskich rodzin. Ten XVIII-wieczny pałacyk nazwałem Villa des Arts. Uliczka, przy której był położony, nazywała się Rue des Arts, a poza tym była to dzielnica artystyczna. Naprzeciw mojej bramy znajdowała się pracownia Corbusiera i Chagalla. W tej dzielnicy położona była także pracownia Lipchitza, gdzie za moich czasów mieszkał i pracował Bogdan Korczowski. W te okolice regularnie przychodziły grupy zwiedzających, zwłaszcza Japończyków. Jan Lebenstein, choć mieszkał w Marais, często nas odwiedzał. W pałacyku zamieszkałem z rodziną, dzieląc czas między Greenwich pod Nowym Jorkiem a Paryż. Moje córki chodziły do francuskich szkół i szybko opanowały język w pełni, w Paryżu czuliśmy się jak w domu.
TD: Jak wyglądał proces urządzania pałacyku?
WF: Sprowadziłem najlepszych francuskich architektów, by w duchu XVIII wieku przywrócili pałacykowi dawną świetność. Gdy oglądałem go po raz pierwszy, był opuszczony, lecz zachwycał szlachetną bryłą i ogrodem. Z czasem stworzyłem tam prawdziwy raj dla naszej rodziny – powstały różne udogodnienia, na przykład podziemny tunel prowadzący do garaży i wewnętrznego basenu. Regularnie odwiedzałem z moją żona Ewą wybitne antykwariaty na lewym brzegu Sekwany – w Dzielnicy Łacińskiej, a także na Rive Droite czy przy Rue de la Paix – gdzie kupowałem unikatowe meble i przedmioty. Unikałem złocistego, efektownego i popularnego
wówczas stylu „glitzy”; wybierałem meble tak, by harmonizowały z architekturą pałacyku. Wnętrza urządziłem w stylu XVIII-wiecznym, łącząc meble Ludwika XV i XVI oraz Régence – wiele z tych obiektów prezentujemy dziś na naszej aukcji. Wśród obrazów dominowała moja ulubiona École de Paris: dzieła Makowskiego, Menkesa czy Zaka, ale pojawiały się także prace współczesne i światowe – zaprzyjaźnionych artystów takich jak Fangor, Futura, Basquiat, Lebenstein, Kantor oraz około dwudziestu obrazów Korczowskiego. Pałac wypełniała sztuka, którą z pasją kolekcjonowałem.
TD: Kto bywał w Villa des Arts?
WF: W moim domu gościło wielu przyjaciół i znanych postaci: Daniel Olbrychski, Roman Polański, Sławomir Mrożek. Jan Lebenstein zawsze przychodził na kolacje jako pierwszy, zostawał najdłużej, wypijał najwięcej wina i stawał się bohaterem wieczoru. Bywał Mirek Chojecki (założyciel ośrodka emigracyjnego w czasie stanu wojennego), a także grono z Biblioteki Polskiej – m.in. pani Studzińska, żona przedwojennego ambasadora Polski w Paryżu. Pojawiali się również przyjaciele z Polski: Bogna Sworowska, Kasia Zawidzka, Jacek Kseń (prezes banku PKO w Paryżu), Marek Ruth, a także tenisiści – Tomek Iwański, Bartek Dąbrowski, John McEnroe, Jimmy Connors, Henri Leconte. Z francuskich gwiazd zaglądali Alain Delon, Jean-Paul Belmondo i słynny fotograf Patrick Demarchelier, a z międzynarodowych: Sting, Christopher Lambert z Diane Lane, Robert De Niro (kiedy przebywał w domu, ustawiały się kolejki osób, by go zobaczyć) oraz Hugh Grant (który często pomieszkiwał w pałacyku, nawet podczas naszej nieobecności, najczęściej ze swoją partnerką, Elizabeth Hurley). Nie brakowało jednak również dużych, radosnych wydarzeń – w pałacu odbył się ślub znanego fotografa mody Gillesa Bensimona z Kelly Klein (wcześniej związaną z Calvinem Kleinem). Na uroczystość zaprosiliśmy kilkaset osób z elity paryskiej i nowojorskiej.
Wnętrze paryskiego pałacyku
TD: Pański paryski dom musiał więc mieć dużą rolę kulturotwórczą?
WF: Przez dwadzieścia lat starałem się stworzyć – powiem nieco górnolotnie – współczesny odpowiednik Hôtel Lambert, miejsce będące prawdziwym ośrodkiem życia kulturalnego. Regularnie odwiedzałem paryską „Kulturę” i pana Jerzego Giedroycia. Miałem zaszczyt poznać Józefa Czapskiego – mojego idola, bohatera, wielkiego patriotę w sensie sienkiewiczowskim, a niedzisiejszym, powierzchownym. Człowiek wyjątkowej klasy: mówił płynnie po niemiecku i francusku, a jego pióro zachwycało. Podczas jednego z turniejów tenisowych odwiedziłem także Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w Neapolu; w jego mieszkaniu piętrzyły się tysiące książek. Czytałem wszystkie jego dzieła – "Inny świat" jest, obok „Na nieludzkiej ziemi” lekturą absolutnie obowiązkową. Prenumerowałem „Kulturę” i „Zeszyty Literackie”; co miesiąc egzemplarze trafiały zarówno do mojego domu w Greenwich, jak i do paryskiej rezydencji. Posiadałem również pełny zbiór charakterystycznych, szarych książek „Instytutu Literackiego” – Józefa Mackiewicza, Mariana Brandysa, Czesława Miłosza – tytułów, które wówczas nie mogły ukazać się w Polsce.
TD: Czy Pana kontakty z Polonią towarzyszyły poszerzaniu kolekcji?
WF: Barbara Johnson, kiedy przebywała w Paryżu, zawsze mnie odwiedzała. Łączyła nas prawdziwa przygoda kolekcjonerska – wymienialiśmy się dziełami sztuki. Pani Basia wybierała obrazy z mojej kolekcji, na przykład olejny szkic Matejki do obrazu „Kopernik”, dwumetrowe płótno Siemiradzkiego czy „Orszak wojenny” Brandta. Ja z kolei sięgałem po jej prace z kręgu École de Paris, bo ona wolała malarstwo bardziej tradycyjne. Jak się później okazało, zakupy Pani Basi okazały się znakomitą inwestycją, ale żadne z nas nie kolekcjonowało z myślą o zysku. Wybieraliśmy to, co nam się podobało. Uważam, że sztukę powinno się gromadzić przede wszystkim dla jej wartości wizualnej, a nie inwestycyjnej.
TD: Proszę opowiedzieć, jak wyglądało Pana życie kolekcjonerskie w Paryżu w latach 80. i 90.?
WF: Mieszkając w Paryżu, na początku lat 90. założyłem Galerie Albert Ier przy Cours Albert Premier, naprzeciw Pomnika Mickiewicza, w najbardziej prestiżowej lokalizacji nad Sekwaną, właściwie sąsiadująca przez ścianę z Instytutem Polskim w Paryżu. Przez dziesięć lat galeria prezentowała rozmaite wystawy – na przykład pokaz Meli Muter, na którym zaprezentowałem około czterdziestu obrazów. Profil galerii określiłbym jako skoncentrowany na polskich artystach École de Paris oraz sztuce współczesnej na czele z Futurą, Basquiatem, Lebenesteinem i Fangorem. Świadomie promowałem twórczość Meli Muter wśród znajomych i ważnych kolekcjonerów. W tamtym czasie w Polsce o tych artystach wiedzieli właściwie tylko nieliczni muzealnicy. Nawet Marek Roefler, twórca muzeum poświęconego Szkole Paryskiej, wspomina, że dopiero wystawa z 1992 roku otworzyła mu oczy na ten kierunek. Moja przygoda z kolekcjonowaniem rozpoczęła się jednak już w 1979 roku. Wracając z turnieju tenisowego w Filadelfii, gdzie pokonałem pierwszą rakietę świata, Jimmy’ego Connorsa, zatrzymałem się u Zbyszka Legutki w Trenton. Na jego ścianach zobaczyłem około trzystu obrazów, głównie autorstwa Jana Zawadowskiego. Wówczas kupiłem trzy ikoniczne prace: Tadeusza Makowskiego „La Mi-Carême”, Piotra Michałowskiego „Portret Żyda” oraz Eugeniusza Zaka „Le Pèlerin”. Ten ostatni był moim pierwszym obrazem École de Paris.
TD: A jaki obraz był Pańskim pierwszym obrazem w ogóle?
WF: Pierwszy obraz kupiłem w wieku dziewiętnastu lat, w galerii sztuki na poznańskim rynku. Była to współczesna kompozycja, w stylu Teresy Pągowskiej – niemal abstrakcyjna, z motywami postaci. Nie mieściła się nigdzie: ani w domu rodziców, ani w moim małym mieszkaniu, dlatego przez lata stała w garażu u rodziców. Po piętnastu latach, w latach 90., przekazałem ją na aukcję charytatywną w Poznaniu, z której dochód przeznaczono na renowację barokowej fary poznańskiej. Obraz sprzedał się za kilkanaście tysięcy złotych, stając się gwiazdą aukcji.
Wojciech Fibak w gabinecie z egzemplarzem czasopisma „Pro Arte”, fot. Czesław Czapliński
TD: Jak narodziła się Pańska miłość do Szkoły Paryskiej?
WF: Znaczący wpływ na ukształtowanie mojego gustu artystycznego miał wspomniany marszand Zbyszek Michael Legutko, który odkrył École de Paris w muzeum kolekcji Alberta Barnesa w Filadelfii i szukał kogoś, kogo mógłby namówić do kolekcjonowania tej sztuki. Trafił na mnie i powstała idealna, wręcz wybuchowa kombinacja. Na moją prośbę rozpoczął intensywnie poszukiwania najlepszych dzieł i w tym czasie kupiłem około stu obrazów. Legutko łapał się za głowę, gdy ktoś wspominał o kupowaniu Artura Grottgera czy Jana Matejki. Nie pozwalał mi również nabywać dzieł Mojżesza Kislinga czy Tamary Łempickiej, uważając ich twórczość za nieco zbyt dekoracyjną. Za najwybitniejszego artystę École de Paris uważał Zygmunta Menkesa, na drugim miejscu stawiał Leopolda Gottlieba, a równie wysoko cenił Melę Muter. Prawie równocześnie silną pozycję w Paryżu (trochę za moją namową) uzyskał inny marszand, Marek Mielniczuk, od którego w ciągu kilku lat zakupiłem również ponad 100 prac.
TD: Jak przeszedł Pan z bycia zawodowym tenisistą do bycia zawodowym kolekcjonerem?
WF: To rozwinęło się u mnie naturalnie i pewnie pomogło poznańskie pochodzenie, które cechuje między innymi dbałość o przedmioty i troska o własne otoczenie. Już w dzieciństwie mama zabierała mnie do antykwariatów i zbierała przede wszystkim meble biedermeier i porcelanę miśnieńską. Mój ojciec natomiast bardzo lubił Chełmońskiego. Ulubionym malarzem mamy zaś był Józef Korolkiewicz (którego prace zawsze dla niej zdobywałem), malarz koni, który posiadał niezwykły talent do odtwarzania ruchu postaci. Pan Józef artystyczne zdolności przekazał swojemu synowi, malarzowi Łukaszowi Korolkiewiczowi, który jest jednym z moich ulubionych artystów.
TD: Przez lata zgromadził Pan pokaźną kolekcję, proszę opowiedzieć o okolicznościach upublicznienia Państwa zbiorów.
WF: Profesor Władysława Jaworska, znawczyni malarstwa Ślewińskiego i Makowskiego, dosyć regularnie odwiedzała mój dom w Paryżu. To ona zaczęła opowiadać o moich zbiorach znanym historyczkom sztuki i muzealniczkom Agnieszce Ławniczakowej, Agnieszce Morawińskiej i Barbarze Brus-Malinowskiej. Pomysł zorganizowania ekspozycji w muzeum wyszedł od Agnieszki Ławniczakowej z Muzeum Narodowego w Poznaniu. Zdecydowano wówczas, że pierwsza wystawa odbędzie się w Warszawie, a druga w Poznaniu. Obie ekspozycje w 1992 roku okazały się ogromnym sukcesem – sale muzealne wypełniły się publicznością. Prezentowałem wówczas polski romantyzm XIX wieku, reprezentowany przez Michałowskiego, szkołę krakowską (m.in. Jacka Malczewskiego i Leona Wyczółkowskiego), a także, po raz pierwszy pokazywaną w Polsce tak szeroko, École de Paris.
TD: Po 2000 roku zdecydował Pan rozstać się z pałacykiem. Jak Pan wspomina ten czas?
WF: Paryż cały czas zachwyca i oczarowuje przybyszów. Zdecydowałem się jednak sprzedać pałacyk, ponieważ tak jak inni, którzy mieszkali w Paryżu na stałe, odczuwali dużą zmianę – to nie był już Paryż, które znałem w latach 70., 80. i 90. Miasto nabierało innej twarzy, a ja rozpoczynałem też nowe życie w Polsce. W 2003 roku urodziła się moja najmłodsza córka Nina, dlatego zacząłem spędzać coraz więcej czasu w kraju. Zachowałem jednak rezydencję w Monako oraz dom w Alpach, u podnóża Mont Blanc. Tam wciąż trwa „stara Francja” – la vie française: gościnność, znakomite restauracje, doskonałe hotelarstwo, poczucie bezpieczeństwa i szacunek, czyli to wszystko, za co tak cenimy Francję.
Czytaj więcej o artystach