“Kolekcjonowanie jest ważne w życiu prywatnym i publicznym. Jako wymiar indywidualnej i społecznej praktyki tworzy nasze relacje ze światem materialnym, co oznacza, że kształtuje nasze życie”.
Renata Tańczuk, Ars colligendi. Kolekcjonowanie jako forma aktywności kulturalnej, Wrocław 2011, s. 13.
Dominika i Liwiusz Krawczykowie z pracą Teresy Pągowskiej "Skok w czarną falę", fot. Marcin Koniak
Od inwestycji do pasji
W 2008 roku młody przedsiębiorca, Liwiusz Krawczyk podejmuje decyzję o dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. Rozważa różne opcje, w tym zakup dzieł sztuki. Przypadkowo natrafia na katalog jednego z domów aukcyjnych. Po krótkim zastanowieniu wybór pada na artystę szanowanego oraz rynkowo uznanego, czyli na postać Jana Tarasina.
Za kilkaset złotych Liwiusz Krawczyk kupuje na aukcji serigrafie tego artysty. Kwota zakupu, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się mu być zupełnie nieznacząca, wówczas przyprawia go o zawrót głowy. Nie ze względu na relatywną wartość pieniądza, a głównie z powodów światopoglądowych. Przyszły właściciel grafik Tarasina nie ma wcześniejszych doświadczeń z rynkiem sztuki, a jako osoba zajmująca się na co dzień finansami, za wszelką cenę stara się zrozumieć istotę inwestowania w dzieła sztuki. Padają wówczas pytania o wartość dzieła sztuki i proces artyfikacji, czyli przemiany „nie-sztuki” w sztukę. Kilka grafik Tarasina zawieszonych na ścianie domu daje początek długiej podróży w jaką Liwiusz Krawczyk wyrusza razem ze swoją żoną Dominiką. Podróży, która będzie trwać przez siedemnaście lat, której najnowszy i – znając postacie kolekcjonerów – zapewne nie ostatni etap, prezentujemy w ofercie aukcji.
Francuski historyk sztuki, Pierre Cabanne napisał kiedyś, że „potrzeba posiadania, potrzeba gromadzenia i przechowywania przedmiotów czy obrazów jest ściśle związana z zamiłowaniem do rzeczy rzadkich i osobliwych i z instynktem odkrywczym człowieka” (Pierre Cabanne, Wielcy kolekcjonerzy, Kraków 1978, s. 9). Różne przejawy tego instynktu są zarysowane niezwykle wyraźnie w kolekcji Państwa Krawczyków. Choć zbiór ten zawiera niezwykle eklektyczny wybór zjawisk artystycznych, to trzon kolekcji stanowią prace powojennej awangardy i dzieła sztuki tworzone przez reprezentantów Nowego Pokolenia po 1989 roku. Zbiór ponad 80 prac, które odnajdą Państwo w ofercie, stanowi zapis historii poznawania świata poprzez pryzmat sztuki. Ta grupa wyśmienitych dzieł to dokumentacja przebytej drogi i zmieniających się gustów, ale też historia relacji z artystami, marszandami, pracownikami domów aukcyjnych i innymi kolekcjonerami. To świadectwo obcowania z pięknymi, intrygującymi przedmiotami i ich historią, ale także - a może przede wszystkim – z historiami ludzi, związanymi z tymi przedmiotami. Kolekcja Państwa Krawczyków bardzo szybko z inwestycji i chłodnej finansowej kalkulacji przerodziła się w pasję, której motorem napędowym stała się chęć poznawania świata. Stąd też decyzja, o rozstaniu się z tak pokaźnym zbiorem, przyszła kolekcjonerom naturalnie, choć nie bez pewnego trudu i konieczności zmierzenia się z sentymentem. Bo o ile kolekcjoner zbiera na początku jedynie przedmioty, to z czasem staje się przede wszystkim kolekcjonerem idei. A taka kolekcja – kolekcja wyjątkowych doświadczeń – pozostaje z kolekcjonerem na zawsze. Sprawdza się tutaj doskonale myśl, którą sformułował Walter Benjamin, który twierdził, że kolekcjonowanie, uszlachetnia przedmiot, a kolekcjoner ściera z nich “piętno towaru”.
Składamy szczególne podziękowania Państwu Dominice i Liwiuszowi Krawczykom za możliwość wzięcia udziału w jednym z etapów tej kolekcjonerskiej podróży.
Jan Tarasin, "Przedmioty", 1962
ZOBACZ OFERTĘ
Liwiusz Krawczyk z pracą Romana Opałki, Z cyklu "Alfabet grecki", fot. Marcin Koniak
Liwiusz Krawczyk
Inwestor, kolekcjoner, ekonomista z wykształcenia, absolwent studiów zagranicznych oraz doktoranckich w Polsce. Specjalizuje się w przewidywaniu globalnych trendów makroekonomicznych oraz analizie ruchów kapitału. Jego podejście do rynku łączy chłodną analizę z intuicyjnym wyczuciem emocji, psychologii decyzji oraz zmieniających się nastrojów społecznych. Fascynuje go napięcie między tym, co racjonalne, a impulsywne – zarówno na rynkach finansowych, jak i w sztuce. W 2008 rozpoczął budowanie własnej kolekcji sztuki skupionej wokół powojennej awangardy oraz Nowego Pokolenia po 1989.
Przeczytaj wywiad poniżej, by dowiedzieć się więcej o kolekcjonerze
Kolekcjonowanie & hipoteza trzech Gracji
Julia Niżnik
Kolekcjonowanie sztuki to zjawisko złożone, u którego podstaw leżą zarówno motywacje ekonomiczne, jak i kulturowe. Zgodnie z hipotezą trzech Gracji, zaproponowaną w analizach rynku sztuki, dzieła te pełnią funkcje: komercyjną (Talia), społeczną (Eufrozyna) oraz estetyczną (Aglaja). Kolekcjonowanie dzieł sztuki może przynosić trzy wartości w jednym momencie, takie jak społeczne uznanie, wzbudzanie emocji oraz zabezpieczenie kapitału. Korzyści finansowe oraz pozafinansowe z inwestycji w dzieła sztuki świadczą o wielowymiarowości tej transakcji, stanowiąc przy tym nieodłączną część nie tylko kapitału pieniężnego, lecz także kulturowego.
Proces budowania kolekcji można porównać do konstruowania wnętrza domu – pojedyncze elementy, choć istotne, nabierają pełnego znaczenia dopiero w ramach spójnej, świadomie ukształtowanej całości. Suma poszczególnych obiektów artystycznych jest z reguły niższa niż ich wartość jako integralnego zbioru, funkcjonującego w określonym kontekście kulturowym, historycznym lub kuratorskim. To właśnie w ramach takiej struktury, możliwe jest nadanie dziełom dodatkowego znaczenia oraz wzrost ich wartości estetycznej i rynkowej.
W przypadku sztuki mechanizm ten manifestuje się m.in. poprzez tzw. efekt proweniencji, który zakłada, że przynależność obiektu do renomowanej kolekcji prywatnej lub instytucjonalnej może znacząco podnieść jego wartość rynkową. Uznane kolekcje działają tym samym jako formy walidacji – oferują swoisty certyfikat jakości, legitymizujący dzieło w wymiarze zarówno autentyczności, jak i znaczenia artystycznego. W tym sensie kolekcja nie jest jedynie zbiorem artefaktów, lecz złożonym systemem znaczeń, wartości i narracji, nadającym poszczególnym pracom dodatkowy ciężar symboliczny oraz inwestycyjny.
Inwestycje
W wyniku doświadczeń związanych z globalnymi kryzysami finansowymi wielu inwestorów w celu pomnażania swojego kapitału zaczęło poszukiwać innych sposobów alokacji środków pieniężnych w celu dywersyfikacji portfeli inwestycyjnych. W tym kontekście sztuka – tradycyjnie postrzegana jako dobro kultury – zaczęła funkcjonować również jako narzędzie dywersyfikacji portfela inwestycyjnego.
Zgodnie z teorią portfela Harry’ego Markowitza, dodanie aktywów o niskiej korelacji z rynkiem kapitałowym – takich jak dzieła sztuki – prowadzi do przesunięcia krzywej efektywności portfela w górę. W praktyce oznacza to możliwość osiągania wyższych stóp zwrotu przy zachowaniu tego samego poziomu ryzyka lub obniżenie ryzyka bez rezygnacji z potencjalnych zysków. Dzieła sztuki jako dobra ekonomiczne cechuje unikalna dwoistość natury. Z jednej strony, pełnią funkcję konsumpcyjną – właściciel może codziennie obcować z nimi wizualnie, czerpiąc przyjemność z ich estetyki. Z drugiej zaś, pod warunkiem odpowiedniego przechowywania, zachowują one lub zwiększają swoją wartość, funkcjonując jako dobra kapitałowe. To połączenie estetycznej „konsumpcji” i finansowego potencjału sprawia, że dzieła sztuki są wyjątkowo atrakcyjnymi aktywami inwestycyjnymi. Sztuka, jako forma inwestycji alternatywnej, wykazuje jedną z najniższych korelacji z tradycyjnymi instrumentami finansowymi, co czyni ją aktywem szczególnie odpornym na skutki zawirowań gospodarczych, konfliktów zbrojnych czy kryzysów zdrowotnych, takich jak pandemia COVID-19.
W tym kontekście warto zwrócić uwagę na potencjał polskiego rynku sztuki, który wciąż jest uznawany za rozwijający się. W latach 2004-2022 inwestycje w rodzimą sztukę współczesną oferowały wyższy przeciętny roczny zwrot przy niższym poziomie ryzyka niż inwestycje w spółki notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Wyższy wskaźnik Sharpe’a dla rynku sztuki potwierdza, że inwestorzy byli efektywniej wynagradzani za podejmowane ryzyko. Umiarkowana korelacja między rynkiem sztuki a indeksem WIG-PL dodatkowo podkreśla jego wartość jako narzędzia dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. Co istotne, polski rynek pozostaje nadal niedowartościowany względem rynków zagranicznych, co stwarza obiecujące perspektywy zarówno dla kolekcjonerów, jak i dla inwestorów instytucjonalnych. Jak trafnie zauważył Andy Warhol: „Zarabianie pieniędzy jest sztuką, praca jest sztuką, a dobry biznes jest najwyższą formą sztuki”. Odwracając ten cytat, można stwierdzić, że w realiach współczesnej ekonomii to właśnie sztuka może stać się dobrym biznesem. A kolekcja sztuki współczesnej, jako złożona forma kapitału estetycznego, kulturowego i finansowego, stanowi wyjątkowe świadectwo tej wielowymiarowości.
Liwiusz Krawczyk z pracą Henryka Stażewskiego, "Relief nr 38", fot. Marcin Koniak
Wywiad z Liwiuszem Krawczykiem przeprowadziła koordynatorka aukcji, Joanna Wolan.
Joanna Wolan: W ostatnich latach odbyło się dużo wystaw kolekcji: Jacek Łozowski, Państwo Starmach, w przeciągu ostatniego roku dwie ekspozycje Wojciecha Fibaka. Czy był to dla Pana impuls, aby pokazać własną kolekcję?
Liwiusz Krawczyk: Zdecydowanie tak. Wspomniała Pani o Panu Wojciechu Fibaku – sięgając pamięcią, mam wrażenie, że Pan Wojciech wyznaczał pewne trendy na rynku i przynajmniej dla mnie był inspiracją. Szczególnie jego kolekcja sztuki powojennej była mi bliska — odnajdywałem w niej cząstkę siebie.
Pozostałe wymienione nazwiska, jak państwo Łozowscy, oczywiście znałem, ale, mówiąc szczerze, to osoby związane z rynkiem sztuki od pokoleń. Gdy prezentowano ich wystawy, nie potrafiłem się z nimi utożsamić — nie stanowiły dla mnie impulsu do stworzenia własnej ekspozycji. To raczej kolekcjonerzy mniej znani publicznie skłonili mnie do tego kroku.
JW: Z Jackiem Łozowskim łączy Pana jeszcze jedna ciekawa rzecz – on, prezentując w 2016 roku we Wrocławiu przedwojenną część swojej kolekcji, założoną jeszcze przez jego ojca, nie podpisał się z imienia i nazwiska w tytule wystawy. Pan zrobił coś podobnego. Znalezienie informacji, że prezentowana w Katowicach kolekcja należy do Pana i Pańskiej żony nie jest rzeczą trudną, ale to w tytule wystawy nie wybrzmiało. Dlaczego Państwo podjęli taką decyzję?
LK: Myślę, że powodów jest kilka. Jeden z nich uświadomiłem sobie dopiero podczas wernisażu: to nie my – osoby, które nabyły dzieła - jesteśmy najważniejsi, lecz artyści, których twórczość pokazujemy.
Dlatego nie zależało mi na tym, by podkreślać, że to „kolekcja Liwiusza Krawczyka”. To naprawdę nie jest istota sprawy. Najważniejsze jest to, że dzięki takim ludziom jak Pan Łozowski, Fibak, Starak czy Pan Starmach ci artyści wciąż mogą z nami być - mogą być widziani, obecni, pokazywani. I właśnie to uważam za wartość – nie sam fakt, że to ja jestem właścicielem tych prac. To był jeden z powodów.
Drugi wydaje mi się równie istotny. Osoby poruszające po rynku sztuki mogą potraktować tę wystawę jak pewnego rodzaju zagadkę – patrząc na dzieła, spróbują odgadnąć, do kogo należy dana kolekcja. To możliwe, bo wielu z nas zna się nawzajem, wymieniamy się pracami, rozmawiamy o tym, co udało się zdobyć. I to właśnie daje radość – że dana praca trafiła w nasze ręce, że to my mieliśmy okazję ją nabyć.
Podczas wernisażu padło również pytanie: „Czy jestem kolekcjonerem?”. To wcale nie jest łatwe pytanie. Uczciwie mówiąc – może dopiero powoli się nim staję. Kolekcjonowanie to, z jednej strony, odpowiedzialność — tak to postrzegam. A z drugiej strony, to również silna potrzeba posiadania, czasem za wszelką cenę.
W takich momentach nie zawsze zważa się na granice — przede wszystkim finansowe, ale czasem także inne. W moim przypadku są dzieła, za które zapłaciłem więcej, niż wynikało to z rynkowych estymacji, ale miałem świadomość, że mogą się już nigdy nie pojawić. Chciałem je mieć — i móc je dalej pokazywać.
JW: Czy któraś z tych prac pojawi się na aukcji?
LK: Tak, myślę, że do takich prac na pewno należą dzieła Jana Tarasina – zarówno „Deszcz”, jak i „Przedmioty” z 1964 i 1962 roku. To są obiekty, które kupiłem sercem.
Miałem poczucie, że to prace wyjątkowe, które mogą nie pojawić się na rynku przez dekadę, a może i dłużej. Bardzo zależało mi na tym, by włączyć je do swojej kolekcji.
JW: Tarasin rozpoczyna Pańską kolekcję – praca na papierze to pierwsze dzieło, które Pan kupił.
LK: Tak, praca „Autoportret” z 1990 roku. Ma Pani rację — to dla mnie osobiście bardzo ciekawa historia, bo moja przygoda ze sztuką zaczęła się w czasie kryzysu finansowego w 2008 roku, kiedy szukałem nowej formy dywersyfikacji kapitału.
Tą nową drogą okazała się sztuka — i to jest naprawdę interesujące, bo wcześniej właściwie nie miałem z nią żadnego kontaktu.
Na początku największą przeszkodą była dla mnie niepewność, czy kupuję oryginalne dzieło. To była bariera, która mnie na początku skutecznie zniechęcała.
JW: Wybrał Pan sobie trudny obiekt na pierwsze dzieło sztuki. W przypadku grafiki trzeba wiedzieć, czym są edycje, są też kwestie późniejszego przechowywania takiej pracy czy jej konserwacji. Wymagający początek.
LK: Tak, rzeczywiście, ma Pani rację. Dla mnie jeszcze bardziej wyjątkowe – i wymagające – było samo podejście. Od samego początku traktowałem to jako inwestycję, więc starałem się szukać takich artystów, którzy w perspektywie dekady mogą zyskać na wartości. To był główny aspekt.
W przypadku wspomnianej pracy „Autoportret” barierą do przełamania była również cena. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się nieduża – to było może pięćset, sześćset złotych – ale wówczas miałem w głowie porównanie z malarzami, których spotykało się w nadmorskich kurortach. Oferowali olejne obrazy po sto, dwieście złotych. Dla mnie dużym wyzwaniem było zapłacenie znacznie wyższej kwoty za grafikę – nawet z sygnaturą – niż za olejny obraz, jakby nie patrzeć, bardziej "namacalny".
Z czasem ta świadomość zaczęła rosnąć – i to jest bardzo ciekawa sprawa. Gdy człowiek wchodzi do tej rzeki, jaką jest świat sztuki, zaczyna się edukować. Na początku mówiłem sobie: nie mam czasu, nie znam się, nie wiem – i rzeczywiście tak było.
Ale z pojawieniem się kolejnych obiektów – wciąż w kwotach, które, jak sądzę, nie przekraczały dwóch tysięcy złotych – trafiłem na słowa Andy Rottenberg, która powiedziała mniej więcej tak: „człowiek widzi na obrazie to...”
JW: Tyle, ile wie.
LK: Tyle, ile wie. I rzeczywiście – coś w tym jest.
Osoba, która przychodzi z zewnątrz, bez żadnej wiedzy o artyście, nieznająca jego biografii czy drogi twórczej, może mieć trudność z odbiorem.
W momencie, kiedy zaczynamy sięgać głębiej – co oczywiście nie jest obowiązkowe – to jednak naturalnie rodzi się w nas chęć poznania więcej. I wtedy nagle każdy obraz zaczynamy widzieć na nowo. Czytamy go głębiej, potrafimy z niego więcej wyciągnąć.
Bo sztuka to nie tylko sposób na życie w sensie inwestycyjnym, tak jak ja to postrzegałem w 2008 roku. To spojrzenie było dla mnie punktem wejścia, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jestem wygranym – nie dlatego, że te prace zyskały na wartości, choć to również prawda – ale dlatego, że dzięki nim mogę te obrazy ciągle odkrywać na nowo.
I mam poczucie, że to właśnie one sprawiają, że życie staje się prostsze, radośniejsze. Dla mnie to poczucie głębszego życia jest najcenniejszym doświadczeniem, jakie dała mi sztuka.
Dominika Krawczyk z pracą Ryszarda Winiarskiego, "Obiekt przestrzenny", fot. Marcin Koniak
JW: Skąd Pan na początku czerpał wiedzę? Z jednej strony potrzebna była wiedza historycznosztuczna, z drugiej strony był ten aspekt inwestycyjny, a rynek sztuki jest jednak rynkiem spekulacyjnym, musiał Pan połączyć te dwa obszary.
LK: Użyła Pani dobrego słowa: spekulacja. Określiłbym siebie raczej jako stratega rynkowego, kolekcjonera idei. Z wykształcenia jestem ekonomistą, i wydaje mi się, że te dwa światy wcale nie są od siebie tak bardzo odległe.
Odpowiadając na Pani pytanie: w latach 2010-2014, kiedy moja intensywność kupowania dzieł sztuki rosła, internet był ogromną kopalnią wiedzy o artystach. Kolejną moją pasją było kupowanie literatury – wszelkiej maści. Za każdym razem, gdy byłem w Warszawie, zaglądałem do antykwariatów i kupowałem starsze katalogi. Na dzień dzisiejszy mam około czterystu pozycji dotyczących wystaw.
Myślę, że bez oglądania się na rynek sztuki nie da się poczuć jej prawdziwego ducha. Oglądanie jest absolutnie konieczne, żeby wyrobić sobie oko. To nie chodzi tylko o to, żeby być dobrym kolekcjonerem, ale o to, by rozumieć sztukę, żeby czuć, co ona nam daje. Z czasem, zaczynając od muzeów, wystaw czy galerii, rozwija się to poczucie. Wielu ludzi, którzy nie interesują się sztuką, uważa, że to nudne. Ale to wcale nie jest nudne – to może być z pozoru nudne, jeśli nie chcemy poświęcić chwili czasu na otwarcie się na sztukę. Moim zdaniem sztuka daje dużo więcej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.
Oczywiście, nie chodzi o to, by stać się ekspertem od każdego obszaru sztuki. Eksperci to osoby, które związały się z tym zawodowo, ale z nimi też możemy rozmawiać, chodząc na wystawy. Spotkamy kuratorów, porozmawiamy z nimi. Chodząc do muzeów, zabieramy katalogi, broszury, czytamy je. To etap edukacji, który w moim przypadku nie był zaplanowany, a wynikał z chęci i ciekawości.
Tak jak wspomniałem na początku – w 2008 roku założyłbym, że nie będę miał na to czasu, gdyby ktoś postawił przede mną taki wybór: „Panie Liwiuszu, musi Pan poświęcić tyle i tyle czasu dziennie”. Wtedy odpowiedziałbym „nie”. Trzeba wejść do tej rzeki, by poczuć, jak przyjemnie jest w niej być. Trudno to opisać słowami i przekonać kogoś na siłę.
Jeśli chodzi o aspekt inwestycyjny – powinien być na tyle ciepły i przyciągający, jak magnes, że jeśli mamy długi horyzont czasowy, będziemy gotowi w to wejść. Wspomniała Pani o spekulacji – spotykam wielu ludzi, którzy myślą, że jeśli kupią coś dziś, za pół roku zarobią. To – moim zdaniem – jest znacznie bardziej skomplikowane. Istotny jest horyzont czasowy, jaki przyjmujemy, inwestując w sztukę. Jeśli myślimy o aspekcie inwestycyjnym, to niech on sięga co najmniej pięciu lat. Powiedziałbym, że nawet dekady. Może to się wydawać bardzo długo, ale z perspektywy czasu…
JW: Okazuje się, że wcale nie jest…
LK: Okazuje się, że wcale nie jest.
JW: Kiedy następuje u Pana przełom? Ewidentnie musiał nastąpić z tego myślenia bardziej inwestycyjnego, na ten kiedy sztuka stała się Pańską pasją, a emocje wzięły górę. Czy to był proces czy wpływ jednej konkretnej pracy?
LK: Wydaje mi się, że to był proces. Muszę uczciwie powiedzieć, że zdałem sobie z tego sprawę dopiero podczas wernisażu wystawy w Katowicach. Padło pytanie: czy warto organizować pokazy własnych zbiorów? Zdecydowanie tak, ponieważ podczas tej przygody można znaleźć wiele odpowiedzi, które w moim przypadku nie miałyby miejsca, gdyby do tej wystawy nie doszło. Odpowiadając bardziej konkretnie na Pani pytanie: myślę, że ten proces trwał kilka dobrych lat. Bardziej świadomie zacząłem podchodzić do zakupów na przełomie 2018/2019 roku, czyli prawie dekadę później. Trzeba przyznać, że te pierwsze zakupy, o których wspomnieliśmy, z 2008 roku, były nieduże zarówno pod kątem ceny, jak i liczby. Do 2012 roku, czy nawet do 2014 roku, to było zaledwie około dziesięciu prac. Po tym czasie poczułem wewnętrznie, że chciałbym mieć tego artystę, potem kolejnego, a potem jeszcze kolejnego.
JW: Czy jest taki zakup, takie dzieło, które dzieli tę kolekcję na, powiedzmy, dwie epoki?
LK: W moim przypadku to przechodziło w sposób bardziej ewolucyjny niż rewolucyjny. Nie wydaje mi się, żeby była jedna praca, która spowodowała dużą zmianę. Jeżeli miałbym sięgnąć pamięcią i zastanowić, to wydaje mi się, że prace Ryszarda Winiarskiego i Magdaleny Abakanowicz to były te, które w mojej świadomości przełamały pewien stereotyp. Dla mnie granicą w tamtych czasach była kwota dwóch lub trzech tysięcy złotych, bo taką kwotą operowało mi się dobrze, uważałem, że nie wiąże się z tym jakieś ryzyko. Natomiast prace zarówno Winiarskiego, jak i Abakanowicz przełamały ten schemat, bo kwota stała się wtórną sprawą, a chęć obcowania z tymi artystami stała się nadrzędną rzeczą. Oczywiście trzeba nadmienić, że w tamtej sytuacji mogłem sobie pozwolić na tego typu zakupy, choć nie brakowało takich momentów, kiedy rezygnowaliśmy z czegoś na rzecz obrazów artystów.
Dominika i Liwiusz Krawczykowie z pracą Bartosza Kokosińskiego, z cyklu "Zwęglone obrazy", fot. Marcin Koniak
JW: Czy wspomniany Winiarski i Abakanowicz pojawią się na aukcji? Rozstaje się Pan z tymi pracami czy zostają w kolekcji?
LK: Pojawią się na aukcji. Użyła Pani sformułowania „rozstaję się z kolekcją”. To bardzo ciekawe określenie, bo nie mam wrażenia, że się rozstaję z kolekcją. Poprzez właśnie tę wystawę uświadomiłem sobie, że chciałbym może wejść głębiej w ten proces. To znaczy, kolekcja, którą budowałem, była typowo narzędziem inwestycyjnym, co powtarzaliśmy kilkukrotnie. W mojej kolekcji są dzieła autorstwa około dziewięćdziesięciu artystów. To pokazuje, jak szeroko została zdywersyfikowana. Myślę, że teraz dojrzałem do głębszego kolekcjonowania i próby wyboru kilku nazwisk, z którymi chciałbym zostać na kolejną dekadę i odkryć na nowo, jeszcze intensywniej i głębiej.
JW: Czyli to będzie bardziej sprofilowana i pogłębiona kolekcja. Chciałby Pan zdradzić, jakie to będą nazwiska, czy to jest zbyt osobiste pytanie?
LK: Myślę, że zbyt osobiste, ale z drugiej strony, patrząc przez pryzmat tego, co zostało pokazane na wystawie, a czego nie będzie na aukcji, można dojść do pewnych wniosków.
JW: Dopytam bez nazwisk: czy pójdzie Pan w stronę artystów młodszej generacji czy zostaje Pan przy awangardzie powojennej?
LK: Zostaję przy powojennej awangardzie. Z młodszymi artystami to też w moim przypadku bardzo ciekawa historia. Przez naprawdę długi czas nie potrafiłem przełamać sposobu myślenia, w jaki odbieram sztukę. Ciążył mi ten aspekt inwestycyjny, zatem mój obraz młodszej sztuki wiązał się z wyobrażeniem, że jest obarczona dużo wyższym ryzykiem, oczywiście też możliwością wyższej stopy zwrotu, ale jednak kwestia ryzyka była na pierwszym planie. Przyjeżdżając do Warszawy, z biegiem lat powoli poznawałem coraz więcej osób, co jest bardzo przyjemnym aspektem budowania kolekcji. Wydaje mi się, że od samego początku byłem namawiany na prace młodych artystów, ale pojawiło się ich tak wielu i tak wiele opinii, że trudno było wybrać to jedno nazwisko czy kilka.
W pewnym momencie, chyba w „Rzeczpospolitej”, opublikowano artykuł na temat Kompasu Młodej Sztuki. Wówczas nie wiedziałem, czym to jest, ale po przeczytaniu tekstu pomyślałem, że ktoś w miarę obiektywny sposób próbuje przedstawić jacy artyści przed trzydziestym piątym rokiem życia rokują. Na ten artykuł natknąłem się w 2015 roku, a Kompas Sztuki wydawany był chyba co dwa lata i w 2014 zostało przyznane pierwsze miejsce ex aequo. Pomyślałem, że to może być wskazówka, w kogo z tych młodych nazwisk powinienem inwestować. Powiem szczerze, że był jeszcze bardzo istotny powód, dla którego chciałem zainwestować w młodą sztukę: sztuka, na której się skupiłem, czyli ta powojenna awangarda, to byli jednak artyści, którzy odeszli i nie miałem możliwości porozmawiania z nimi. Wszystko, co wiedziałem na ich temat, było przekazem innych osób, wiele z tych opowieści okazało się na tyle ciekawych, że brakowało tej możliwości poznania ich. Sztuka najnowsza daje możliwość spotkania z artystami, dlatego uznałem, że warto się nią zainteresować.
Wracając do historii o Kompasie Sztuki, to był moment, w którym patrzyłem jeszcze inwestycyjnie. W 2014 roku ex aequo pierwsze miejsce zajęli Bartosz Kokosiński i Ewa Juszkiewicz. Z żoną przyjrzeliśmy się ich twórczościom i doszliśmy do wniosku, że od obu artystów kupimy po dwa, trzy obrazy. Musieliśmy podjąć decyzję, od kogo zaczynamy. W sztukę byłem bardziej zaangażowany Ja, więc zasugerowałem, że zaczniemy od Bartosza, którego twórczość była mi bliższa. Żona wskazała Ewę Juszkiewicz, ale w sumie stanęło na moim wyborze, bo nikt z nas nie myślał o tym w perspektywie krótkoterminowej. Myśleliśmy, że jeżeli zakupimy po te dwa, trzy dzieła jednego i drugiego artysty, to zostaną dla naszych dzieci, bo taki był cel. Rozpoczęliśmy zatem od Bartosza Kokosińskiego i tutaj dla mnie ważne przesłanie: to piękna przygoda móc porozmawiać z artystą, poznać go, uczestniczyć w ciekawych dyskusjach. Polecam każdemu, kto chce wejść na ten rynek.
Od Bartosza kupiliśmy więcej niż planowane trzy prace, tak się zdarzyło. Byliśmy też na kilku jego wystawach zagranicznych. Zarówno prace Kokosińskiego, jak i Juszkiewicz na tamten czas, czyli w 2015 roku, kosztowały między sześć a dziesięć tysięcy złotych w zależności od formatu i techniki. Były to dla nas kwoty powiedzmy, że do zaakceptowania. Rozpoczęliśmy od Bartosza Kokosińskiego i później mieliśmy trafić do Pani Ewy Juszkiewicz, ale po miesiącu jej prace już trochę podrożały, czyli z sześciu czy dziesięciu tysięcy zrobiło się dwanaście, co nas lekko zniechęciło i doszliśmy do wniosku, że poczekamy chwilę. Nie doczekaliśmy się, bo, jak Pani zna historię Ewy Juszkiewicz, to te ceny zaczęły rosnąć, oczywiście w pierwszych latach nie tak drastycznie jak później, ale zrobiła się granica dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu tysięcy, gdzie w moim pojęciu to już było dużo, ponieważ w tych cenach potrafiłem kupić dzieła artystów z kręgu awangardy, którzy już zapisali się na kartach historii sztuki. Wiemy, jak się potoczyła dalej historia.
JW: Żałują Państwo?
LK: Bardzo dobre pytanie! Myślę, że słowa nie oddadzą tego uśmiechu, który mam teraz na twarzy, ale z Bartoszem Kokosińskim nawiązaliśmy przez ten czas bardzo serdeczną relację. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć – przyjacielską. Kiedy organizowałem wystawę w BWA Katowice, gdzie pokazywałem kilka jego prac, podczas jej trwania mieliśmy okazję spotkać się w jego pracowni. On zna tę historię, ale sam od siebie odpowiedziałem mu wtedy, że nie żałuję. Niczego, co postanowiliśmy, bo prace Bartosza Kokosińskiego naprawdę do mnie przemawiają, mają głębię, z której czerpię. W międzyczasie aspekt inwestycyjny, który na początku był kluczowy, stracił na znaczeniu. Gdyby mi Pani zadała to pytanie w 2015 roku, odpowiedziałbym pewnie twierdząco: „strasznie żałuję”. Dzisiaj już nie. Myślę, że nasze drogi były tak poukładane, że miało to tak wyglądać, a nie inaczej. Cieszę się, że przeżyłem tę przygodę, a raczej mogę ją nadal przeżywać. Doceniam, że mam taką anegdotę do opowiedzenia.
Liwiusz Krawczyk z pracą Stefana Gierowskiego, "Makieta wersja A", fot. Marcin Koniak
JW: Skoro jesteśmy przy tym wątku, to jest jedno takie pytanie. Myślę, że bardzo klasyczne w rozmowie z kolekcjonerem, czyli historia pracy, której nie udało im się kupić i tego bardzo żałuje. Wielu ważnych kolekcjonerów ma przynajmniej jedną taką opowieść, gdy ta decyzja nie zapadła na czas i pozostał niedosyt. Czy ma Pan taką historię?
LK: Mam dwie anegdoty. Pierwsza jest związana z Desą, jeszcze w poprzedniej siedzibie. Uczestniczyłem osobiście w aukcji, na której był stosunkowo nieduży abakan Magdaleny Abakanowicz, z estymacją czterdziestu-sześćdziesięciu tysięcy złotych i ceną wywoławczą trzydziestu pięciu tysięcy. Będąc na licytacji, zastanawiałem się, czy nie podnieść lizaka, żeby zalicytować, ale jak to bywa przy wielu pracach w moim przypadku, moment nie był idealny, by wydać te pieniądze. Kilka pozycji wcześniej sprzedano krzyżyk Jeana Lamberta-Ruckiego, estymowany na pięć-dziesięć tysięcy złotych, który finalnie osiągnął kwotę czterdziestu tysięcy. Wtedy zaczęła się licytacja wspomnianego abakana Abakanowicz, ale ostatecznie nie podniosłem lizaka, żeby nie było w domu, w cudzysłowie, awantury. To bardzo ciekawe porównanie: trzeba mieć swoje zdanie, czego my chcemy, bo z jednej strony, powtarzalny obiekt Rudzkiego osiągnął, przynajmniej na tamte czasy, niebotyczną kwotę czterdziestu tysięcy złotych, z drugiej – unikatowa forma Abakanowicz nie została sprzedana. To jest jedna z prac, której żałuję, myślę, że dzisiaj byłaby warta dziesięć razy więcej.
Kolejnym dziełem, które ostatecznie trafiło do mojej kolekcji, jest praca Stefana Gierowskiego „DCLXVIII”. Jej właścicielem była galeria Zderzak z Krakowa, w czasie, gdy Stefan Gierowski nie był jeszcze tak bardzo uznany wśród kolekcjonerów. Tę pracę widziałem w galerii, ale jej cena na tamten moment była dla mnie nie do zaakceptowania – uważałem, że była wyższa od rynkowej wartości. Dwukrotnie podchodziłem do tego obrazu, składając propozycje, które zostały odrzucone. Kilka lat później zapłaciłem za tę pracę dwa razy więcej. Moja chęć posiadania jej była tak duża...
JW: Czy Pańskim zdaniem każdy może zostać kolekcjonerem?
LK: Zdecydowanie tak. Ale to jest bardziej skomplikowane. Musimy obudzić w sobie tę pasję, a żeby ją obudzić, musimy się edukować. Poza tym musimy chcieć poświęcić część bieżącej konsumpcji na sztukę. Moim zdaniem najważniejsze jest to, że nie musimy zaczynać od spektakularnych historii, to nie muszą być obrazy za sto tysięcy, pięćset tysięcy czy za milion złotych. Warto próbować budować kolekcję: plakatu, fotografii, grafiki, naprawdę możemy znaleźć niszę dla siebie. Można zadać pytanie: po co? Wracając do początku – po to, żeby było w życiu prościej.
JW: Czy miałby Pan radę dla osób, które zastanawiają się nad rozpoczęciem przygody ze sztuką, ale nie wiedzą jak? Czy Pańskim zdaniem jest pewien krok albo etap, od którego warto zacząć?
LK: Miałem taki problem na samym początku, ponieważ byłem kompletnym laikiem, u nas w rodzinie nie ma też korzeni kolekcjonerskich. Nie miałem wcześniej świadomości, kim jest Magdalena Abakanowicz, Henryk Stażewski czy Ryszard Winiarski. Po pierwsze, warto korzystać z możliwości uczestnictwa w aukcjach organizowanych przez domy aukcyjne. Na początku można tylko przychodzić na wystawy, które je poprzedzają i spróbować odpowiedzieć na pytanie, co jest bliskie naszemu sercu, bo sztuka próbuje pokazać, odzwierciedlić, wytłumaczyć świat, który nas otacza. Kolejnym sposobem jest kontakt ze specjalistami, jak Państwo, którzy w sposób bardziej obiektywny możecie nakierować nas na wartych uwagi twórców. Takie rozmowy odgrywają bardzo istotną rolę w otwieraniu ludzi na sztukę. Następnie edukacja, a jedną z jej form może być lektura katalogów aukcyjnych, które w dzisiejszych czasach, i mogę to powiedzieć z całą odpowiedzialnością, na rynku polskim są robione w tak perfekcyjny sposób, zawierają tyle różnych opowieści, not biograficznych czy anegdot. Gdy dostaję katalog, to jest on dla mnie wciąż dużą niespodzianką, dozą refleksji nad tym, co możemy dostrzec. Aukcji w Polsce jest stosunkowo dużo, bo zainteresowanie sztuką rośnie, dlatego to świetna forma nabywania wiedzy. Na samym początku miałem obawy, czy praca, którą kupię, nie okaże się falsyfikatem, dlatego zaczynając, trzeba kupować z pewnych źródeł. Przede wszystkim rekomenduję znane domy aukcyjne czy aukcje charytatywne, bo to miejsca, gdzie nabywając dzieła, mamy gwarancję ich oryginalności.