16 września 2021

Wywiad z Władysławem Pasikowskim

 

Julia Materna: Kiedy i w jakich okolicznościach pojawił się pomysł na film "Psy"?

 

Wladyslaw Pasikowski: W TVP święcił triumf amerykański serial "Miami Vice". W czasie realizacji "Krolla", czyli w roku 1989, Olaf Lubaszenko powiedział mi, że chętnie zagrałby z Bogusławem Lindą taką parę policjantów, jak Johnson i Vincent. Rozbawił mnie ten pomysł i zaintrygował. Po skończeniu zdjęć do Krolla napisałem scenariusz filmu "Policjanci z Warszawy" i zaniosłem go do Juliusza Machulskiego, o którym wtedy myślałem, że będzie moim producentem do końca świata - tak dobrze nam szła współpraca. Juliusz przeczytał i powiedział, że ci policjanci to bardziej z Miami niż z Warszawy, a o takich lepsze filmy robią lokalsi na Florydzie…. Napisałem więc drugi scenariusz, zupełnie inny, w którym już nie było miejsca dla Olafa, natomiast pojawiła się rola dla Marka Kondrata i ten właśnie scenariusz Juliusz przyjął w zasadzie bez poprawek i skierował do produkcji. I to jest film, który Państwo znają.

 

Władysław Pasikowski, fot. Jacek Domiński/REPORTER

 

JM: Z jakim odbiorem widzów spotkał się film? Realizacja musiała wymagać dużej odwagi, aby przedstawić na ekranie sytuację polityczno-społeczną, która była tak aktualna…

 

WP: "Dno moralne" i "rynsztok" oraz "zamówienie ubeckie"-  taki był tenor pierwszych recenzji. I jeszcze, że zniszczyłem piękny język polski, który wszyscy poza mną kultywują i rozwijają od tysiąca trzydziestu dziewięciu lat… O dziwo, na festiwalu środowisko, czyli moi koledzy z branży, byli bardziej łaskawi i dali nam z pięć indywidualnych nagród, choć nie dali nam nagrody głównej. A potem publiczność zagłosowała biletami za filmem, choć może bardziej kupując pirackie kopie na VHS. I dzięki temu, choć nikt z nas, poza piratami, na tym nie zarobił, to mimo że w kinach film obejrzało 260 tysięcy ludzi, to film znali niemal wszyscy w całym kraju i absolutnie wszyscy z diaspory w Chicago. Zrobienie filmu nie wymaga odwagi… Może w Turcji, albo Iranie… Ale od odwagi to są strażacy, żołnierze, ratownicy górscy, nie filmowcy.

 

JM: Czy obserwuje Pan, iż niektóre elementy filmu przetrwały do dziś?

 

WP: Nie. Film jako całość przetrwał i jest maksymalnie eksploatowany przez mniej popularne kanały telewizyjne. Rola Franza do dziś wlecze się za Bogusławem Lindą, a i mnie czasami rozpoznają jako "ten od psów, Ślesicki chyba…".

 

JM: Jak powstawały kultowe dialogi, które w latach 90. mogły uchodzić za kontrowersyjne?

 

WP: Normalnie, spod palców. Większość napisałem sam na maszynie, wspierając się lakonicznością i jak mówią scenarzyści, ekonomicznością dialogów z amerykańskich westernów i filmów policyjnych. Znaczący wkład wnieśli sami aktorzy. "Ty stara jesteś" wymyślił Bogusław Linda, "a kto umarł ten nie żyje" to wkład Olafa Lubaszenko.

 

JM: W jaki sposób wybierał Pan aktorów do filmu?

 

WP: Wybrałem Bogusława po znajomości i po przyjacielsku. Olaf dostał rolę, bo był inspiratorem filmu. Marka Kondrata i Tadeusza Szymkowa obsadził Bogusław. Artura Żmijewskiego chciałem poznać i to była doskonała okazja. Czarek miał u mnie stały etat. Kłopot był z dziewczyną. Szukaliśmy jej miesiącami, bo ja się uparłem, że szesnastolatki nie może grać dwudziestosześcioletnia aktorka po szkole. Wreszcie zrozpaczony brakiem partnerki Bogusław zwrócił się o pomoc do swojej małżonki, Pani Lidii Popiel, która akurat robiła zdjęcia mody i znała wszystkie piękne i zgrabne dziewczyny. Wybraliśmy najpiękniejszą i najzgrabniejszą.

 

JM: "Psom" towarzyszy wspaniała ścieżka dźwiękowa. Jak przebiegała współpraca z Michałem Lorencem? Co go inspirowało?

 

WP: Co go inspirowało? Powiedziałem mu tylko o instrumentacji, że chce trąbkę solo, dużo smyczków i żadnej blachy….  No i żadnej tonacji durowej. Michał jest trudny, bo jest wielkim artystą. Ja również jestem trudny, ponieważ nie jestem takim znów artystą, więc współpraca szła różnie, ale w pewnym momencie obaj uznaliśmy, że efekt jest ważniejszy od naszych sympatii i animozji i jakoś poszło. Ciągle jesteśmy kumplami zadowolonymi z siebie tak bardzo, że ostatni film znów zrobiliśmy razem i znów "Psy".

 

JM: Czy mógłby Pan przytoczyć ciekawą historię z planu filmowego, która nie jest znana odbiorcom filmu?

 

WP: Jest tam taka scena, że sfrustrowany Maurer postanawia się zatracić w seksie i w tym celu wybudza śpiącą Angelę, aby się zaspokoić. I tu stanął przed nami problem, jak ją wybudzić. Pocałunek odpadał, bo nie robiliśmy komedii romantycznej. Uznałem, że bohater powinien od razu przystąpić do sedna… Z powodu wieku aktorki zlokalizowałem, wyznaczyłem i nakazałem filmować to "sedno" na wysokości jej kolan. Bogusław do dziś uważa, że niezły film nam się udał, poza tą jedną jedyną sceną, która według niego jest głupia, jak szafka na buty.