16 września 2021

Miś – wspomnienia Christine Paul Podlasky

 

Wspominam czasy kręcenia "Misia" z wielką nostalgią, byłam wtedy przecież młoda. Jednak trzeba pamiętać o tym, że czasy w Polsce nie były wesołe – choć sama nie mieszkałam w kraju na stałe by tego na co dzień doświadczać. Miałam brytyjski paszport w kieszeni, jako że urodziłam się w Londynie i to tam mieszkałam. Za to do Polski przyjeżdżałam często odwiedzać rodzinę.

 
Wszyscy zawsze pytają mnie o atmosferę na planie – myślą, że towarzyszyła nam masa śmiechu i ogólna wesołość. Wcale tak nie było. Czasy były trudne i wszystkiego brakowało, trzeba było się więc skupić na pracy. Produkcja musiała się dwoić i troić. Ponadto, zima tamtego roku była ciężka, a my często pracowaliśmy w plenerze. Nie było takich jak dziś wygód, żaden "catering", czy kampery. Przesiadywaliśmy w Nysce by się ogrzać. Trzeba było się naprawdę skupić, jako że dubli nie można było robić zbyt wiele, w końcu taśma była wyliczona. Poza tym ja wtedy byłam młoda i strasznie poważna jeśli chodziło o zawód, więc starałam się by "zagrać dobrze". Oczywiście, z tak inteligentnymi, dowcipnymi i uroczymi "Stasiami" nie sposób by na planie było niesympatycznie.

Christine Paul Podlasky, fot. TVP/PAP/Ireneusz Sobieszczuk

 

Myślę, że "Stasie" widzieli mnie w "Barwach Ochronnych" Zanussiego i pomyśleli, że jestem tak nietypowa, że nawet nie będę musiała za bardzo grać by w filmie przedstawić pretensjonalną idiotkę! Poza tym wyglądałam dziecinnie i niewinnie, co sprawiło że filmowa Ola nie była aż tak nieprzychylna, czy wyrachowana. Podczas kręcenia scen w Londynie, nie mieli jeszcze Oli. Zadzwonili więc do mnie i spotkaliśmy się razem w Ognisku Polskim (polskim klubie w Londynie). No i tak się zaczęło, a muszę przyznać, że Miś okazał się jedną z ważniejszych rzeczy w moim życiu. Szczególnie to dostrzegam od 20 lat odkąd zamieszkałam w Polsce. Teraz wszędzie mam "fory" ze względu na udział w "Misiu", bo tutaj wszyscy ten film kochają.

 

Nie wiem jak inni, ale ja nie improwizowałam w "Misiu". Przecież tekst był genialny i nie było tam czego poprawiać. Poza tym bałam się, że powiem coś niepoprawnie po polsku. Pamiętam za to jeden raz, gdy zapomniałam, że nie miałam niczego pod szlafrokiem. Chcąc być bardzo prawdziwą, podążając za metodą Stanisławskiego, rozchyliłam przed wszystkimi szlafrok. Oczywiście dubla już nie było!

 

"Miś", poza tym, że jest bardzo śmiesznym filmem, jest też świadectwem absurdów komunizmu. To film patriotyczny, a końcowa scena wzrusza i mówi o tym, że Polska nie jest poddana Związkowi Radzieckiemu. To cud, że w ogóle udało się film nakręcić. Leżał na półkach dobre 10 lat, lecz powstał jak feniks z popiołów i bawi ludzi do dziś. Mam nadzieję, że młodzież, choć nie było ich wtedy na świecie, także rozumie dowcipy dotyczące panującego wtedy reżimu. W przeciwnym razie, rodzice i dziadkowie mogą pomagać zrozumieć tamtą rzeczywistość. Dobrze, że ten film dziś jest.