Wywiad z kolekcjonerką Ewą Łabno-Falecką
Prywatne kolekcje rewolucjonizują rynek sztuki. Podczas gdy na Zachodzie aukcje spójnych, prywatnych zbiorów od lat stanowią filar kalendarza największych domów aukcyjnych, w Polsce ten format właśnie przeżywa swój przełom. Dane rynkowe jednoznacznie pokazują, że rodzimi filantropi i inwestorzy szukają czegoś więcej niż pojedynczych obiektów - szukają autentycznych historii, gwarancji proweniencji i kuratorskiej wizji. W ten trend idealnie wpisuje się nadchodząca aukcja "Kupiliśmy sobie nowy obraz. Dzieła z kolekcji Ewy i Wojciecha Falęckich". O kulisach jej powstania, pasji i rynkowym potencjale rozmawiamy z samą kolekcjonerką.
Joanna Wolan: Państwa pierwszym zakupem był podobno obraz Stefana Gierowskiego. Niewiele osób rozpoczyna od tak świadomego wyboru. Od czego zaczęło się Pani zainteresowanie sztuką?
Ewa Łabno-Falęcka: W moim domu rodzinnym sztuki wizualnej prawie nie było, raczej muzyka. Mama grała na fortepianie, ja i siostra też muzykowałyśmy. Zainteresowałam się sztuką w 1985 roku, kiedy poznałam Wojtka. Jego mama, Basia Falęcka, nauczycielka rysunku technicznego w technikum w Krakowie, malowała hobbystycznie świetne warsztatowo kwiaty i scenki rodzajowe.
Wojtek interesował się sztuką jeszcze w liceum. Wspólnie z kolegą Włodzimierzem Szczurkiem wydawali satyryczno-poetycko-filozoficzny, ilustrowany "organ chevoytistów", podtytuł: "pismo przeznaczone dla koneserów sztuki".
Na pierwszą randkę zabrał mnie do kościoła pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny na krakowskich Azorach. Nie był religijny, natomiast pokazał mi polichromie Jerzego Nowosielskiego. Uwielbiał go, w końcu był z Krakowa. Często odwiedzaliśmy krakowskie galerie, których pod koniec lat 80. nie było dużo: Zderzak, Rostworowski, Bunkier Sztuki. Kolekcja sztuki nowoczesnej w Muzeum Narodowym w Krakowie kończyła się na Fałacie. Fascynował nas oczywiście Kantor i Hasior, intrygowali Ćwiertniewicz i krakowscy Nowi Dzicy. Marzyliśmy o zakupie sztuki, nawet układaliśmy listę naszych marzeń. Ale pracowaliśmy wtedy oboje na Uniwersytecie Jagiellońskim, więc od strony finansowej to były pobożne życzenia. Dopiero kiedy po doktoratach na Uniwersytecie w Tybindz – on z fizyki, ja z komparatystyki – zaczęliśmy pracować, zaczęło się kolekcjonowanie.
Pierwszy obraz prof. Stefana Gierowskiego, DCXXXV, kupiłam dokładnie 30 lat temu, w listopadzie 1996, podczas delegacji służbowej MSZ do Warszawy. Nie pamiętam, kto nam pomógł w kontakcie z profesorem, ale poszłam do jego pracowni (chyba na Wolskiej?), upaprane przez gołębie poddasze na 5. piętrze bloku z wielkiej płyty. Miałam w gotówce 3000 DM, wtedy to był majątek. Profesor Gierowski mnie przemiło przyjął w tym swoim królestwie, pokazał chyba z 30 obrazów. Kręciło mi się w głowie, bo były wspaniałe, chciałam mieć wszystkie, a mogłam wybrać jeden. Nie było wtedy komórek, FaceTime'a, nie mogłam się skonsultować z Wojtkiem, który został w Kolonii. Wybrałam obraz najmniej spektakularny, o którym profesor powiedział, że go bardzo lubi, bo go trzeba odkrywać… Z duszą na ramieniu wróciłam do Kolonii, niepewna, co Wojtek powie. Pochwalił mój wybór.
Po powrocie do Polski Wojtek poznał profesora, odwiedzaliśmy go najpierw na Gagarina, potem w Konstancinie. Obaj mieli wrażliwe serca, dosłownie i w przenośni, ale kiedy go odwiedzaliśmy, profesor parzył kawę-szatana, a panowie przy tej kawie rozwiązywali tajemnice kolorów i generalnie sensu malarstwa i sztuki. Profesor nie był skłonny sprzedawać swoich prac, ale czasem udawało się kupić jego dzieło. Kiedyś po kolejnym zakupie poprosił, żebyśmy go zaprosili do domu, bo chciał zobaczyć, "jak wisi". Kiedy zobaczył, powiedział, że dobrze wisi. I następny zakup był już łatwiejszy. Myślę, że gdyby Stefan Gierowski (ur. 1925) urodził się w kraju po drugiej stronie żelaznej kurtyny, to byłby dziś tak sławny jak Mark Rothko. Ale PRL był odcięty od światowego obiegu sztuki.
JW: Czym kierowali się Państwo przy pierwszych zakupach? Na ile była w tym intuicja, a na ile myślenie o inwestycji?
EŁF: Na początku lat 90. ubiegłego wieku mało kto myślał o inwestowaniu. W każdym razie my o tym nie myśleliśmy. Mieliśmy po 30 lat, byliśmy dziećmi PRL-u i pierwszy raz w Niemczech zarabialiśmy jakieś sensowne pieniądze.
W 1993 roku, po doktoratach w Tybindze, ja zaczęłam pracę jako radca Ambasady RP ds. kultury w Kolonii/Bonn, a Wojtek w renomowanym Max Planck Institut w Düsseldorfie. Jako attache kultury miałam kontakty z artystami, pisarzami, wybitnymi ludźmi kultury. Poznałam m.in. Petera Ludwiga i jego żonę Irenę. Ludwig planował wtedy otworzyć filię swojego muzeum w Krakowie (Kraków nie był niestety zainteresowany). W Niemczech wystawiali wtedy Andrzej Szewczyk, Edward Dwurnik czy Jerzy Panek, ale też artyści młodszego pokolenia jak Marta Deskur, Leon Tarasewicz, Tomasz Ciecierski, Mirosław Filonik czy Ryszard Grzyb. Jako attache ds. kultury otwierałam ich wystawy i przybliżałam ich twórczość niemieckiej publiczności. Poznałam też Ryszarda Stanisławskiego i Jaromira Jedlińskiego podczas przygotowywania epokowej wystawy sztuki Europy Środkowej i Wschodniej "Europa, Europa" w 1994 roku w Kunstausstellungshalle w Bonn, otwierałam też wystawę Władysława Strzemińskiego w Kunstmuseum w Bonn. To były czasy wielkiej fali sympatii i zainteresowania Polską i polską sztuką w Niemczech.
Chyba że ktoś jest spekulantem, kieruje się opinią doradców i liczy tylko na szybki zysk. Ale taki hazard może się skończyć klęską. Znam wiele osób, które w latach 90. wydawały fortuny na Szkołę Paryską, z nadzieją na szybki zysk, która niespecjalnie się spełniła, bo już na początku XXI wieku dokonał się zwrot na rynku sztuki i ogromne ceny zaczęły osiągać prace artystów współczesnych jak Julian Schnabel, Eric Fischl czy David Salle. Ustawiały się po nie kolejki kolekcjonerów. Zaczął się okres spektakularnych zysków.
JW: Czy korzystała Pani z czyichś rad, czy to zawsze były osobiste i indywidualne decyzje?
EŁF: Sztuka – jak wiadomo – ma wiele "funkcji": uczy, bawi, wzbogaca, daje przyjemność, wytchnienie, intryguje, oburza, nadaje sens, jednych skłania do refleksji, innych do działania. Dla nas spełniała wtedy wszystkie te funkcje naraz. Była ponadto ważnym czynnikiem budowania odporności naszej relacji w rodzinie. Mieliśmy wspólną pasję, rozmawialiśmy o sztuce, planowaliśmy kolejne zakupy, spotykaliśmy się z artystami, zbieraliśmy pieniądze na kolejne zakupy.
Kolonia i Düsseldorf miały fantastyczne muzea i galerie, które odwiedzaliśmy w weekendy jak przykładni niemieccy mieszczanie. Z racji profesji znałam sporo ludzi tamtejszego art worldu. Dużo czytaliśmy o sztuce. Była dla nas źródłem prawie dziecinnej radości. Często oferowała zaskoczenie, czyli ten moment, w którym czujesz, zanim jeszcze zrozumiesz. Słowem: mieliśmy niezły ogląd sztuki i rynku sztuki.
Kiedy wróciliśmy do Polski i kontynuowali kolekcjonowanie, znajomi dziwili się tej pasji. Twierdzili, że sztuka nowoczesna jest niezrozumiała, trudna, niedostępna i hermetyczna. Że dawniej sztuka nie wymagała objaśnień, że jak człowiek w średniowieczu wchodził do katedry gotyckiej, to czuł powiew wielkiej sztuki bez objaśniania. Ale mit. Bo bez przygotowania ten człowiek widział tylko ściany i ołtarze, a nie wiedział, że gotycka katedra była zbudowana na prawach teologii światła, że miała różne sensy: dosłowny, alegoryczny, moralny, anagogiczny (czyli podnoszący na duchu)?
Więc przekonywaliśmy, że tak jak do każdego zbieractwa trzeba się do kolekcjonowania sztuki przygotować, bo nikt z marszu przecież nie wie, jakie znaczki są cenne.
My kierowaliśmy się własnym osądem. Pamiętam rozmowę z jedną z najwybitniejszych managerek sztuki w Polsce, około roku 2010, która była zdania, że kolekcjonerzy powinni mieć doradcę, konsultanta, "który się zna". Dla Wojtka było to nie do przyjęcia: kolekcjonowanie sztuki było dla nas działaniem na własne ryzyko i na własną rękę. Obejmowało zbieranie informacji, wizyty w galeriach, wernisaże, rozmowy z kuratorami, artystami i galerzystami, obecność na targach sztuki etc. Poza tym ufaliśmy artystom. To był nasz sposób na sztukę i w tym wszystkim nie było miejsca na art advisora. To brzmi trochę arogancko, ale takie mieliśmy właśnie podejście. Może nie była to arogancja, raczej wiedza i intuicja, w połączeniu. Intuicja bez wiedzy na niewiele się zda. W połączeniu – to co innego.
Sam zakup dzieła to był koniec wieńczący dzieło dochodzenia do wyboru. Sztuka była dla nas rzeczą za poważną i za intymną, żeby ją zostawiać doradcom. Do dziś tak uważam. Jedynym doradcą jest teraz nasza córka, Katarzyna, profesorka historii sztuki na Uniwersytecie Newcastle w UK.
JW: Wspólne budowanie kolekcji wymaga rozmów, wiąże się z kompromisami, czasem rezygnacją z zakupu. Jak to wyglądało u Państwa – czy przy każdej pracy byli Państwo zgodni? Są w kolekcji dzieła, które trafiły do niej wyłącznie dzięki decyzji jednego z Państwa?
EŁF: Nie mieliśmy intercyzy, więc każdy zakup wymagał zgody, czasem kompromisu, ale wchodząc na wystawę czy do atelier artysty, byliśmy raczej zgodni, co jest dobre i co chcemy mieć. Więc to był raczej dylemat, ile można przeznaczyć na pracę, która nam się podobała. Nie byliśmy krezusami, mieliśmy dwie przyzwoite korporacyjne pensje, ale żadne wielkie biznesowe transakcje. Czasem na aukcjach młodej sztuki ktoś z nas się dawał ponieść emocjom, ale to zwykle nie były duże kwoty, a cel charytatywny, więc nie było sporu. Poza tym ufaliśmy sobie i szanowaliśmy swoje wybory.
Nota bene to mit, że dobre inwestycje robi się bez emocji, "na zimno". Neuronauka pokazuje, że obojętnie, czy mamy przed sobą piękną rzeźbę, wykwintne danie, atrakcyjną erotycznie osobę czy zamiar kupna akcji na giełdzie – pobudzony jest ten sam obszar mózgu, ciało migdałowate. Każdy zakup sztuki, robiony głową i sercem zapewnia ogromne emocje. A przecież w życiu chyba o to chodzi? Jak pisała Maya Angelou: "Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach".
JW: W Państwa kolekcji niektórzy artyści reprezentowani są paroma pracami. Nie wszyscy kolekcjonerzy decydują się na zakup kilku dzieł tego samego twórcy. Jakimi kryteriami kierowali się Państwo w tych przypadkach – czy chodziło o pokazanie różnych okresów i technik, czy raczej o uchwycenie twórczości artysty w konkretnym momencie jego drogi?
EŁF: Chyba nie myśleliśmy w takich uporządkowanych kategoriach. Czasem zakup wynikał z niezwykłych okoliczności, a potem dany artysta już na stałe gościł w naszej kolekcji.
Tak było z Jarosławem Modzelewskim, którego prace zgotowały mi początkowo niezły acz nieoczekiwany kłopot. Jak wspomniałam, w połowie lat 90. pracowałam w Ambasadzie Polskiej w Niemczech i niemiecki biznes był ciekawy Polski, a banki i instytucje kultury gotowe do pokazywania polskiej sztuki. Była m.in. szansa zrobienia wystawy w Dresdner Bank w Kolonii. Zaprosiłam galerię Zderzak, bo znałam z Krakowa Martę Tarabułę. Przywiozła do Kolonii ponad 20 wielkoformatowych prac Jarosława Modzelewskiego. Wystawa w Dresdner Bank była świetna, kilka dzieł się sprzedało, ale kiedy po wystawie chciałam odesłać prace do Polski, "opóźnił się" transport. Płótna były spore, powiesiłam więc obrazy w budynku Ambasady w Kolonii przy Lindenallee 7. Na jednym z nich widniał kucyk na tle wiejskiego płotu z realistycznie oddanym, dorodnym przyrodzeniem. Kierownik administracji uznał, że to obraża jego uczucia i Ambasador Andrzej Byrt poprosił mnie o "załagodzenie sytuacji". Zabrałam więc kucyka i pozostałe obrazy do naszego mieszkania, dosłownie tapetując wszystkie ściany. Kiedy po kilku tygodniach przyjechała z Polski ciężarówka, zabrała o trzy prace mniej. Zostały z nami. Potem regularnie odwiedzaliśmy Jarka w jego pracowni, przeważnie nie wychodząc z pustymi rękoma. Ceniliśmy Gruppę, szczególnie Modzelewskiego i Pawlaka. To był głos pokolenia lat 80., bardzo ważny dla historii polskiego malarstwa.
Na początku XXI wieku poznaliśmy chłopaków krakowskiej Grupy Ładnie. Rafał Bujnowski, Marcin Maciejowski i Wilhelm Sasnal pierwszą pracownię mieli w starej, zniszczonej kamienicy przy Józefa 6 na krakowskim Kazimierzu. Dokładnie w tej kamienicy kupiliśmy potem (w 2004 roku) mieszkanie. Kiedy pierwszy raz poszliśmy zobaczyć tę ruderę, chyba w 2003, na metalowych drzwiach ledwie trzymających się w zawiasach widniały jeszcze malunki, mówiące, że tutaj właśnie jest atelier Grupy Ładnie. Wojtek chciał te drzwi wyjąć z zawiasów i zabrać, ale nie zmieściły się nam do auta. Kiedy na drugi dzień podjechaliśmy Sprinterem, drzwi już niestety nie było.
Dziś w tym krakowskim mieszkaniu wiszą "portrety przodków", czyli anonimowe obrazy ludzi bynajmniej nie z krakowskiej elity, tylko z tzw. ludu, kupowane na Placu Nowym, kiedy był tam jeszcze pchli targ z prawdziwego zdarzenia i można było kupić ciekawe starocie.
Potem w Rastrze, który na początku XXI wieku mieścił się w nieogrzewanym lokalu (bez toalety) przy Marszałkowskiej, kupowaliśmy pierwszego Sasnala. Wilhelm jest z Tarnowa, jak ja, chociaż z innej dzielnicy, z Mościc, wzorcowym mieście przy kombinacie, powstałym z inicjatywy prezydenta Ignacego Mościckiego. Z Marcinem Maciejowskim przesiadywali w knajpie Piękny Pies w Krakowie. Chyba doskonale się rozumieli.
Znajomość z Edwardem Dwurnikiem to była rzecz niezwykła. Oczywiście Dwurnika znali wszyscy, ale mnie Ed pozwalał nawet szperać w swojej pracowni. W 2010 roku poprosiłam go o jakąś pracę z 27 kwietnia 1992 roku (data urodzin Kasi), znalazłam wspaniały gwasz z cyklu "Niech żyje wojna" i podarowałam go mojej córce na 18. urodziny. Kiedy Wojtek zmarł, Ed zadzwonił do mnie o trzeciej nad ranem. Tej rozmowy nie zapomnę. Był bardzo przejęty i wyrażał to na swój sposób.
JW: Chyba każdy kolekcjoner ma w pamięci pracę, której nie udało mu się kupić i której żałuje do dziś. Ma Pani taką historię?
EŁF: Tak, bal prezydenta Krakowa, sama śmietanka, w pałacu Wielopolskich, chyba w 1998 roku. Akcję charytatywną prowadzi Andrzej Starmach, sprawnie i ze swadą, jak to on. Oferuje dzieła różnego formatu, proweniencji i jakości. Nie ma spisu eksponatów, goście muszą w balowym gwarze nasłuchiwać, co jest oferowane. Nagle widzę olej Nowosielskiego, przepiękny "landszaft" w błękitach i zieleniach, oferowany za kilkanaście tysięcy złotych. Otwieram usta, żeby zgłosić chęć, ale z paru stron sali szybko padają kwoty coraz większe, a ja myślę o tym, że wkrótce wracamy do Polski i nie mamy jeszcze całej kwoty na zakup mieszkania. Młotek stuka po raz trzeci, koniec aukcji, koniec marzeń. Po latach Andrzej Starmach podaruje nam maleńki, błękitny obrazek Nowosielskiego. Piękny gest wybitnego kolekcjonera dla (troszkę) młodszych zbieraczy.
JW: Prywatni kolekcjonerzy mają nad instytucjami publicznymi tę przewagę, że mogą reagować od razu – kupić dzieło sztuki wtedy, kiedy akurat pojawia się na rynku, bez procedur i konsultacji. Jak w związku z tym widzi Pani rolę prywatnego kolekcjonera – czy jest ona wobec instytucji uzupełniająca, czy raczej niezależna?
EŁF: To jest ciekawe pytanie, bo ostatnio często słyszę o odpowiedzialności prywatnego mecenatu wobec polskiej kultury. Obejrzałam wystawę pt. "Kolekcjoner" w MNW, o polskim arystokracie, Ignacym Korwin-Milewskim (1846-1926), który zgromadził znakomitą kolekcję współczesnego mu malarstwa, wzorowaną na kolekcjach europejskich. Interesowała go twórczość malarzy ostatniej ćwierci XIX wieku, którzy studiowali w akademii sztuk pięknych w Monachium: Matejko, Malczewski, Chełmoński, Gierymski, Axentowicz). Był mecenasem Wincentego Wodzianowskiego, Franciszka Żmurki i wielu innych. Miał swoją wizję, swój gust i wydawał swoje pieniądze. Nie pytał instytucji, narodowych wtedy zresztą nie było. Myślę, że tak właśnie postępuje rasowy kolekcjoner. W każdym razie my nie myśleliśmy, żeby cokolwiek uzupełniać, a odpowiedzialność czuliśmy tylko przed sztuką.
Bardziej niż o roli prywatnych kolekcjonerów wolę mówić "językiem korzyści". W Polsce rosną mniejsze i większe fortuny, wiele osób może sobie już pozwolić na mieszkanie w strzeżonych apartamentach i domy za granicą, ale dziwnym trafem wielkiego głodu sztuki na razie (jeszcze?) nie odczuwają. Nie widzą, że sztuka daje radość istnienia, pobudza sferę mentalną i emocjonalną, pozwala dostrzec związek sensu naszego istnienia z rzeczywistością. W ten sposób zachęcałabym do kolekcjonowania.
Sztuka jest też sejsmografem zmian politycznych, gospodarczych i społecznych. Kiedy patrzymy na obraz Edwarda Dwurnika z 8 grudnia 1981 roku pt. "Dworzec Centralny", to "czujemy" wprowadzenie stanu wojennego kilka dni później. Artysta genialnie to antycypował. Czy to nie wspaniała przygoda patrzenia na przeszłość i przyszłość przez sztukę? Z drugiej strony sztuka toruje przestrzeń do innowacji, niestandardowych rozwiązań czy kreowania unikatowego stylu przywództwa. Choćby tego na co dzień – w życiu rodzinnym, zawodowym i społecznym. Więc nie: ani uzupełniająca, ani niezależna. Raczej dobra, którą kolekcjoner po prostu chce mieć.
JW: Od 2018 roku przyznaje Pani wraz z córką Nagrodę im. Wojtka Falęckiego. Jak wygląda dziś procedura wyłaniania laureata i jak bardzo zmieniła się od pierwszej edycji?
EŁF: "Kultura jest tym, co sprawiło, że człowiek stał się czymś innym, niż tylko przypadkowym wydarzeniem w przyrodzie". (André Malraux). Życie każdego z nas jest przypadkowym wydarzeniem na tej planecie. Życie Wojtka zakończyło się dużo za wcześnie, więc żeby poradzić sobie z tą stratą, zachować pamięć, uśmierzyć ból, ufundowałyśmy z córką Katarzyną dotowaną nagrodę Jego imienia. Nie chciałyśmy tworzyć żadnej fundacji czy innych biurokratycznych struktur, chciałyśmy po prostu wspierać artystów. Szukałyśmy instytucji, z którą wspólnie mogłybyśmy taką nagrodę przyznawać.
Kasia Janowska zwróciła mi uwagę na Krakowski Salon Sztuki, konkurs i przegląd sztuki organizowany od 2018 przez Miasto Kraków, Krakowskie Biuro Festiwalowe i fundację F.A.I.T. Magda i Gaweł Kownaccy się zgodzili i to właśnie podczas Salonu po raz pierwszy wręczono Nagrodę im. Wojtka Falęckiego. W pierwszej edycji nagrodę przyznawałyśmy po prostu za interesujące zjawisko artystyczne, bez wskazywania, jakiej dziedziny sztuki ono dotyczyło. Otrzymał ją Marek Chlanda, wybitny rysownik, grafik, rzeźbiarz, autor instalacji i performer, za wystawę "Szkoła Utopii" (realizowaną wspólnie z synem, Marcinem Chlandą) w opuszczonym skrzydle dawnego Technikum Elektrycznego na os. Szkolnym w Nowej Hucie. Była to świetna, rozległa instalacja typu site-specific zajmująca około 700 m² dawnej szkoły. Rok później nagrodzona została Dominika Kapusta za poruszające wideo pod tytułem "Przelała się", a w pandemicznym roku 2020 nagrodę otrzymało duo fotografek Iza Makocka i Ewelina Zając.
Salon nie przetrwał jednak pandemii, nie powrócił już na scenę sztuki, więc zaczęłyśmy szukać nowego partnera. Wybór padł na Muzeum Fotografii w Krakowie, które otworzyło się w nowej, wspaniale wyremontowanej siedzibie przy Rakowickiej w grudniu 2021. Marek Świca, dyrektor MuFo, okazał nam wielką życzliwość i "przygarnął" projekt. W tym momencie nagroda ewoluowała, zawężając się do fotografii.
Laureatem pierwszej edycji we współpracy z MuFo, decyzją międzynarodowego jury, w którego skład wchodził (i zasiada w nim do dziś) m.in. długoletni dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi, Jarosław Suchan, Nagrodę im. Wojtka Falęckiego otrzymał ukraiński artysta mieszkający we Wrocławiu, Yuriy Biley, za projekt "Wartość tych słów zależy również od Ciebie" (kuratorka: Marta Czyż). W serii cyfrowych kolaży Yuriy Biley nawiązywał do fotografii Władysława Hasiora z jego "Notatnika fotograficznego" z lat 70. Podróżując po Polsce, Hasior dokumentował wpisaną w pejzaż partyjną "nowomowę", którą sam nazywał "poezją przydrożną̨". Biley "zaktualizował" udokumentowane przez Hasiora hasła, "zmanipulował" je, zamieniając pojedyncze wyrazy. Powstały nowe, uwspółcześnione slogany, zgodne z dynamiką obecnej debaty publicznej. Biley w swoim cyfrowym przetworzeniu oryginalnych haseł propagandowych uchwyconych przez Hasiora przedstawia Polskę wyobrażoną, alternatywną, utraconą – lub przyszłą. Nagrodę przyznaliśmy 8 grudnia 2023, a na początku 2024 artysta został wybrany jako reprezentant Polski na Biennale Sztuki w Wenecji.
Dodatkowym smaczkiem był fakt, że Władysław Hasior był krewnym mamy Wojtka, Barbary Falęckiej, z domu Potoczek, urodzonej w nowym Sączu. Poziom prac nadesłanych na konkurs był bardzo wysoki, wobec czego jury zdecydowało o przyznaniu wyróżnienia Michałowi Malińskiemu za projekt dyplomowy "Melted Teeth", który mówi o satysfakcji wizualnej, jaką na co dzień czerpiemy ze zdjęć.
W kolejnych latach nagrodę otrzymała Mariola Przyjemska (2024) za wystawę "Trick at Mecone" w Ewa Opałka Gallery. Inspirowała się mitologią grecką, zwłaszcza mitem o Prometeuszu i "podstępie w Mekone", a także relacją między światem zwierząt, żywiołami i współczesną humanistyką energetyczną. W ubiegłym roku – Aneta Grzeszykowska za wystawę "Karma" w Galerii Raster (w ramach Warsaw Gallery Weekend).
Ponoć wiele umysłów ścisłych ma szczególne predyspozycje do tworzenia i recepcji sztuki. Wojtek był kolekcjonerem pełnym pasji, znawcą sztuki współczesnej i krytycznym komentatorem polskiej sceny artystycznej. Był bezkompromisowy, nie respektował koterii i środowisk; często ta postawa spotykała się z oburzeniem, ale to była Jego siła. Logo nagrody zaprojektowała Pola Dwurnik. Bardzo się lubili – Polu, dziękuję, to był bardzo piękny gest.
Kultura – nie tylko w Polsce – ma ciężko: środki z budżetu państwa są skąpe, instytucje słabe, mecenat prywatny dopiero raczkuje, a artyści cierpią na chroniczne niedofinansowanie. Wielu z nich utrzymuje się z innych zajęć i pracy dorywczej w tzw. przemyśle kreatywnym, czyli agencjach marketingowych i sesjach na zlecenie. Ponad połowa artystów w Polsce, których liczbę szacuje się na ok. 60 tys. osób, zarabia poniżej średniej krajowej, a jedna trzecia poniżej minimalnego wynagrodzenia. Ustawa gwarantująca zabezpieczenie socjalne i ubezpieczenie zdrowotne wywołała falę paskudnych komentarzy. W tej trudnej sytuacji finansowej, nagrody fundowane prywatnie bywają istotnym źródłem dochodu dla artystek i artystów. Takie nagrody są jednak wciąż rzadkością w naszej części Europy. A przecież my, Polki i Polacy, nie chcemy być li tylko "przypadkowym wydarzeniem w przyrodzie".
JW: Pani mąż był zapalonym kolekcjonerem, którego szczególnie fascynowała fotografia. Czy mogłaby Pani opowiedzieć, jak jego przygoda z kolekcjonowaniem sztuki się rozpoczęła?
EŁF: Jak wspomniałam, Wojtek interesował się sztuką od dziecka. Uzdolniona plastycznie jest jego mama, Basia Falęcka, która ceni sztukę "naturszczyków" na Podbeskidziu. Nota bene ja jako dziecko mieszkałam z moją Mamą prawie dwa lata w Krynicy Górskiej (było taniej niż w Tarnowie, a ojciec dopiero zbierał środki na mieszkanie), która na deptaku często spotykała Nikifora i kupowała mu bułkę albo wrzucała pieniążka do kapelusza. Niestety nigdy nie kupiła żadnej pracy.
Wojtek był też hobbistycznie fotografem, robił mi, a potem naszej córce, setki zdjęć, często śmiesznych i w nietypowych momentach. W ogóle jako fizyk eksperymentalny był frikiem wszelkich technologii muzycznych i wizualnych, kupował najnowszy sprzęt grający (miał fenomenalny słuch i czasem cierpiał na koncertach) i każdy nowy obiektyw, który pojawiał się na rynku.
Pod koniec lat 90. ubiegłego wieku fotografia stała się bardzo ważna, zmieniła też rolę malarstwa, które stało się refleksją nad tym, jak obrazy funkcjonują we współczesnej kulturze. To bardzo ciekawe i dlatego się tym zainteresowaliśmy. Bo kolekcjonowanie motywowane jest przede wszystkim poszukiwaniem sztuki, która zaskakuje, robi krok do przodu, przełamuje schematy myślenia i pokazuje nowe, ciekawe obszary sztuki i rzeczywistości.
Znaliśmy oczywiście eksperymenty fotograficzne Witkacego z lat 20. i 30. XX wieku, jego nowatorskie autoportrety, inscenizacje, deformacje, zabawy tożsamością i psychologią portretu wyprzedzały przecież wiele tendencji późniejszej fotografii awangardowej. Kiedy mieszkaliśmy w Kolonii, poznaliśmy fotografię Bernda i Hilly Becher, co uświadomiło nam związek fotografii i sztuki współczesnej. Becherowie przez kilkadziesiąt lat fotografowali obiekty industrialne Zagłębia Ruhry: wieże ciśnień, wielkie piece, szyby kopalniane, silosy, gazometry i hale przemysłowe. Robili to zawsze w podobny sposób: czarno-białe zdjęcia, zachmurzone niebo, brak ludzi, frontalne ujęcia. Stworzyli tzw. Düsseldorf School of Photography, z której wywodzą się późniejsze gwiazdy fotografii współczesnej, jak Andreas Gursky, Thomas Ruff, Candida Höfer czy Thomas Struth. Pamiętam wystawy Gursky'ego w Rüdiger Schöttle Gallery w Monachium (1997) i w Serpentine Gallery w Londynie (1998). Były wspaniałe. Nota bene wpływ Becherów na fotografię był porównywalny z wpływem Richtera na malarstwo.
W latach 90. wielu artystów interesowało się fotografią. Bernd i Hilla Becher dokumentowali rzeczywistość, Luc Tuymans wykorzystywał fotografie jako punkt wyjścia do obrazów o pamięci i historii, a Wilhelm Sasnal z fotografią robił jeszcze co innego.
Był na polskiej scenie artystycznej zjawiskiem. Znalazł się na wystawie "The Painting of Modern Life" w Hayward Gallery, w Londynie (2007) poświęconej malarstwu opartemu na fotografii obok m.in. Gerharda Richtera, Luca Tuymansa, Andy'ego Warhola, Davida Hockneya, Marlene Dumas i Petera Doiga. Wystawa badała, jak współcześni malarze wykorzystują fotografie prasowe, rodzinne, archiwalne czy filmowe jako punkt wyjścia dla obrazów. Zarówno Tuymans, jak i Sasnal byli tam przedstawiani jako jedni z najważniejszych twórców tego nurtu. Po tej wystawie zostali wpisani do kanonu malarstwa "postfotograficznego", a my bardzo zainteresowaliśmy się "fotograficznością" sztuki i w sztuce, gdzie obecnie doświadczamy rzeczywistości głównie poprzez obrazy pośrednie, zwłaszcza fotografie i media.
W 2004 roku w "Artforum" ukazał się głośny tekst zatytułowany "The Tuymans Effect", poświęcony wpływowi Tuymansa na młodszych malarzy, w tym właśnie Wilhelma Sasnala. Później obaj artyści publicznie dyskutowali o tych porównaniach. Zarówno Tuymans, jak i Sasnal podkreślali jednak, że są odrębnymi twórcami i nie lubią takich prostych zestawień.
W Polsce fotografia uzyskała należne jej miejsce dużo później. Pamiętam jak jako attaché kulturalny towarzyszyłam jednemu z dyrektorów dużego polskiego muzeum na spotkaniu z ówczesnym dyrektorem Muzeum Ludwiga w kolonii, Jochenem Poetterem. Polak przyniósł jako prezent i zachętę do współpracy kilka albumów polskiego malarstwa i album fotografii Witkacego. Niemiec z grzeczności przejrzał pobieżnie malarstwo i skupił się na Witkacym. Już wtedy Muzeum Ludwiga miało ogromny dział fotografii.
JW: Czy Pani zdaniem każdy może zostać kolekcjonerem?
EŁF: Każda i każdy. Próg wejścia nie jest wysoki. Za tysiąc złotych można kupić oprawiony plakat w IKEA i prace absolwentki ASP na targach taniej sztuki. Ważne, żeby wejść w ten świat. A on potem już wciągnie po uszy i nie popuści. Ogromna frajda zapewniona.
JW: Dlaczego postanowiła Pani rozstać się z częścią kolekcji?
EŁF: Nawet jeśli to tylko część kolekcji, to decyzja nie przyszła łatwo. Zmagałam się z tą myślą od kilku lat. Zastanawiałam się, co by Wojtek na to powiedział. Piotr Bazylko, który też sprzedał część swojej kolekcji, powiedział mi, że sztukę trzeba "rolować". Żeby kolekcjonerzy kolejnych generacji mieli szansę. Poza tym – co się stanie z tą kolekcją, jak ja osiądę na jakiejś błękitnej chmurce w zaświatach? Anda Rottenberg powiedziała słusznie, że nie chce dzieciom meblować życia. Ja też nie chcę. Moja córka, historyczka sztuki, od ponad 15 lat mieszka i pracuje na brytyjskim uniwersytecie, ma bardzo ciekawych studentów. Mocne, młode angielskie malarstwo, bardzo ciekawe. Chcę w to wejść, zrozumieć. Inne problemy, inna technika, po prostu ciekawa "inność".
JW: Aukcja w DESA Unicum zamknie zapewne pewien etap w budowaniu Pani kolekcji. Jakie są zatem plany na przyszłość?
EŁF: Będę się dalej przyglądać polskiej scenie artystycznej. I brytyjskiej. Interesująca jest też sztuka z Afryki. Dużo dzieje się w fotografii, choć malarstwo nie umarło. Klasycy jak Wojciech Plewiński, Andrzej Rzepecki czy "młodzież" – Aneta Grzeszykowska, Ilona Szwarc, Irenka Kalicka czy nominowana w tym roku do prestiżowej międzynarodowej nagrody fotograficznej Deutsche Börse Photography Foundation Prize 2026 Wiktoria Gęsicka to warte śledzenia nazwiska. Choć nie zdobyła głównej nagrody, to sama nominacja jest ogromnym osiągnięciem artystycznym i sukcesem galerzystki, Katarzyny Sagatowskiej.
JW.: Co poradziłaby Pani komuś, kto chciałby zacząć kolekcjonować, ale nie wie, od czego zacząć? Czy jakiś pierwszy krok, który uważa Pani za konieczny?
EŁF: Mamy galerie, muzea, targi, aukcje, wystawy młodej sztuki, WGW . Sztuka jest wokół nas. Chodzić, patrzeć, słuchać, rozmawiać. Byłam ostatnio w kilku panelach dla osób z różnych biznesów, które chcą zacząć. Każda okazja jest dobra, żeby zacząć kolekcjonować. Moja czteromiesięczna wnuczka Ava ma już pierwszą pracę w swojej przyszłej kolekcji: "It's a GIRL" Moniki Drożyńskiej (2025).