11 czerwca 2020

Wacław Pawliszak – wybraniec losu?

Termin: 30 czerwca 2020 godz. 19:00

 

Wacław Pawliszak w swojej epoce był artystą niezwykle popularnym i cenionym. W 1905 na łamach "Tygodnika Ilustrowanego" Henryk Piątkowski, malarz i krytyk sztuki, napisał: "Matejko uważał go za jednego z najzdolniejszych uczniów. (…) Obrazy Pawliszaka zjawiają się u kunsthendlerów londyńskich, paryskich, berlińskich. (…) Natury nadzwyczaj wrażliwej i subtelnej, bardzo oczytany, interesujący się wszelkimi objawami w dziedzinie nie tylko sztuki, lecz i życia społecznego. (…) Pawliszak należał do tych wyjątkowych w dziedzinie sztuki jednostek, których życie codzienne tj. rzeczywistość i sztuka tj. ideał – płynęły jednym korytem. Takim on był w rzeczywistości, jakim przedstawiał się w obrazach; stąd życie jego miało w sobie więcej pierwiastków natury oderwanej, więcej fantazji, kroczył mniej szablonową ścieżką niż pospolita burżuazja; śmiało mógł uchodzić za oryginała, nie przestając być szczerym. Jego porywy miały zawsze podkład faktyczny; żył w świecie będącym wytworem jego umysłu, w swoim własnym świecie, nieco innym niż rzeczywistość" (Henryk Piątkowski, Wacław Pawliszak, [w:] "Tygodnik Ilustrowany", 1905, nr 4, s. 66).

Ten obiecujący od najmłodszych lat artysta kształcił się pod skrzydłami najlepszych mistrzów malarstwa swojej epoki. Początkowo lekcje rysunku pobierał w warszawskiej Klasie Rysunkowej u Wojciecha Gersona. W 1880 rozpoczął studia w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, gdzie był uczniem m.in. Jana Matejki. Zafascynowany twórczością Matejki podejmującym w swym malarstwie tematy historyczne, Pawliszak stał się faworytem mistrza. Było to znaczne wyróżnienie, bowiem "kto znał Matejkę, ten wie, że nie był skory zanadto do pochwał". Środowisko rówieśników z Krakowa oceniało: "Podziwialiśmy nadmiar twórczości, który wylewał się potokami [spod] ręki Pawliszaka. Olśnieni byliśmy tą lejącą się kaskadą rycerzy i koników we wszelkich możliwych zwrotach i przegięciach, które sypały się [spod] ołówka lub pędzla Pawliszaka". Zdolny student szkolił się także przez pewien czas w Monachium w pracowni Józefa Brandta – to on początkowo zaszczepił w Pawliszaku zainteresowanie malarstwem konnym, batalistycznym, orientalnym; nauczył go doskonałego rozeznania w źródłach historycznych i rekwizytach używanych do komponowania scen historycznych. To przewodnictwo Józefa Brandta połączone z licznymi podróżami Pawliszaka na Wschód sprawiły, iż wyprawy w tamte rejony, do krajów arabskich w Afryce i krajów Bliskiego Wschodu otworzyły przed artystą nowe horyzonty. W czasie tych podróży Pawliszak śladem swojego mistrza wykonywał liczne szkice typów ludzkich, studiował tamtejszy pejzaż, stroje, uzbrojenie, konie, kupował tkaniny wschodnie oraz broń. Etnografia tego regionu zafascynowała artystę na tyle, że motywy orientalizujące zagościły w jego twórczości na stałe. Ze swej działalności artystycznej był dumny i ceniony za nią; wystawiał często i z sukcesami m.in. w TPSP, TZSP, Salonie Krywulta w Warszawie, w 1889 na Wystawie Powszechnej w Paryżu, w 1894 w Chicago i San Francisco, a także w Petersburgu i Lwowie – najważniejszych ośrodkach kulturalnych ówczesnego świata. Wykonywał też ilustracje do dzieł literackich, najchętniej romantyków polskich, np. ilustrował utwory Juliusza Słowackiego ("Beniowskiego", "Ojca zadżumionych", "Balladynę", "Księcia niezłomnego"), Adama Mickiewicza ("Pana Tadeusza"). Stworzył też ilustracje do wiedeńskiego wydania "Baśni z tysiąca i jednej nocy".

Wacław Pawliszak w pracowni, zdjęcie amatorskie F. J. Sandeckiego, opublikowane w 1905 roku w Tygodniku Ilustrowanym, nr 4, s. 66

 

Wacław Pawliszak osiągnął sukces i rozpoznawalność w młodym wieku. Jego epoka widziała w nim człowieka oryginalnego, wielkiego indywidualistę skłonnego do ekstrawagancji, trochę odrealnionego. Owej oryginalności przydawał mu fakt, iż na Wschodzie nauczył się chiromancji, sztuki wróżenia z dłoni. Chcąc ściągnąć na siebie zainteresowanie śmietanki towarzyskiej, nierzadko w warszawskich kawiarniach wróżył znajomym i przyjaciołom, a o sobie mawiał, że będzie żył krótko i umrze śmiercią nagłą. Porównywano go do Don Kichota, bowiem widziano w nim, jak pisał Antoni Gawiński, "fantastycznego, lecz prawego rycerza o chełpliwym, lecz białym pióropuszu". Był nieco naiwny i niezwykle wyczulony na punkcie obrony swego honoru. Te osobliwe składniki psychologiczne doprowadziły do wielkiej tragedii Pawliszaka.

Pod koniec 1904 artysta oddał jeden ze swoich obrazów, przedstawiający kobietę bawiącą się z arlekinem, na wystawę w Zachęcie. Kapituła nie przyjęła jednak dzieła. Istotnym tłem tych wydarzeń była atmosfera artystyczna ówczesnej Warszawy, gdzie zaczęły pojawiać się głosy, iż malarstwo akademickie zaczyna przebrzmiewać, choć niewątpliwie malarska wirtuozeria Pawliszaka budziła zazdrość. Ponadto malarz od kilku lat miał walczyć z urojeniami, co jeszcze bardziej wpływało na jego wybuchowy temperament. Ówczesna prasa prognozowała, iż jurorzy Zachęty celowo, chcąc podminować chorego artystę, najpierw nie przyjęli jego nowego obrazu na doroczny salon, a płótno, na którym autorowi mniej zależało, powiesili obok obrazu malarza, z którym był on w otwartym konflikcie. W poczuciu zniewagi Pawliszak zabrał swój obraz w dniu wernisażu i wysłał do członków jury drapieżne listy. Wśród jurorów był Dunikowski. Na list odpisał słowami, iż od Pawliszaka jako od niepoczytalnego satysfakcji nie żąda. Dalsze wydarzenia tak wspominał Jan Krywult: "Od kilku dni urządzałem wystawę panu Xaweremu Dunikowskiemu, który sam mi pomagał ustawić swoje dzieła. Wczoraj podczas przerwy w tej pracy, poszliśmy ok. 16.00 posilić się do najbliższej restauracji Lijewskiego i zajęliśmy we dwóch z Dunikowskim przedostatni stolik z prawej strony głównej sali. Zajęci rozmową nie zwracaliśmy żadnej uwagi na obecnych, gdy wtem ukazał się przed nami Wacław Pawliszak. Siedziałem zwrócony tyłem do sali, Pawliszak więc ominął mnie, a zbliżając się do Dunikowskiego, podniósł rękę i ze słowami: ‘Panie Dunikowski', zamierzył się do uderzenia. Dunikowski gwałtownym ruchem wyjął z kieszeni ubrania rewolwer i nim Pawliszak zdołał go uderzyć, padł strzał. Pawliszak zalany krwią runął na podłogę. Kula przeszła przez prawy policzek. Prof. Dunikowski sam dał znać na policję. Zatrzymano go w więzieniu aż do czasu wpłacenia kaucji w kwocie kilkuset rubli. Pawliszak zmarł w szpitalu następnego dnia rano. Tak więc wystawa zaczęła się niefortunnie" (Marek Sołtysik, Fatum? [w:] "Palestra", 48/7-8 (547-548), 141-144, 2003, s. 142-143).