Edward Dwurnik – artysta-podróżnik
"W młodości dużo rysowałem w plenerze. Tyle zakątków Polski obrysowałem, że gdyby przyszło mi wymienić wszystkie nazwy miast i miasteczek, to zrobiłby się z tego indeks miejscowości atlasu samochodowego. ‘Podróże autostopem' to najpopularniejszy cykl moich prac. Zaczęło się oczywiście od fascynacji Nikiforem. (…) Chciałem malować architekturę i pejzaż tak jak on, podebrałem od niego perspektywę i takie tam tricki. Jeździłem po Polsce z blokiem rysunkowym. Odbyłem taką podróż à la Nikifor z mojego rodzinnego Międzylesia pod Warszawą do Międzylesia na Dolnym Śląsku. Ojciec przysyłał mi pięćset złotych na poste restante. Chodziłem na pocztę i pobierałem pensyjkę, tak się umawialiśmy. Oczywiście miałem o wiele łatwiej, niż miał Nikifor, bo mieszkałem sobie wygodnie w hotelu, a on sypiał byle gdzie i, zamiast jechać PKS-em czy pociągiem, nieraz zasuwał na piechotę. Po drodze oczywiście malował. Ja też, to było jak nałóg, byłem w ciągu. Przyjeżdżałem do miasteczka, wysiadałem z autobusu i od razu siadałem na chodniku i zaczynałem rysować".
cyt. za: Edward Dwurnik. Od początku, katalog wystawy, (red.) Małgorzata Czyńska, Wojciech Tuleya, Warszawa 2016, s. nlb.
Edward Dwurnik najlepiej znany jest publiczności jako artysta malujący miasta. Przedstawiane w charakterystycznej, skrótowej manierze i jaskrawych kolorach miejscowości i wsie stały się wręcz emblematem twórczości artysty. Dwurnik, zdawałoby się, uwiecznił na swoich płótnach cały przekrój Polski – od wsi i miasteczek powiatowych, po największe miasta i zbliżenia na ich popularne fragmenty. Pośród ogromnej ilości płócien znaleźć można również pamiątki z wypraw zagranicznych: przykładem mogą być prezentowane w aukcji widoki z Münsteru i Londynu. Pod koniec lat 60. Dwurnik rozpoczął najdłuższą podróż, kontynuowaną do końca swojego życia i udokumentowaną w cyklu "Podróże autostopem".
"Podróże" to zazwyczaj widoki polskich miast uchwycone z lotu ptaka, pozbawione linii horyzontu i wypełnione architekturą oraz ludźmi. Artysta wybierał punkty charakterystyczne przedstawianych miejsc, jednak nie pozostawał wierny ani topografii, ani perspektywie. Niczym za pomocą sznurka zagęszczał i rozluźniał miejski krajobraz, tworząc weduty będące syntezą magii i realności. Dzięki temu prace łączą w sobie cechy dokumentu i malarstwa symbolicznego, oddając atmosferę polskiej rzeczywistości. Reporterskie spojrzenie malarza nie pozbawia ich jednak poczucia humoru oraz subtelnego dowcipu, wyrażanego poprzez absurd i groteskę. Patrząc na przedstawiane sceny niejednokrotnie ma się wrażenie, że architektura w miastach Dwurnika jest jedynie scenografią dla życia bohatera pokazywanego przez artystę (który w kolejnych cyklach zostanie powiększony do rozmiarów portretowych i stanie się głównym aktorem – m.in. "sportowcem" lub "robotnikiem"). Artysta wspominał, że bardzo lubił opowiadać o historiach, które malował. Stojąc przed obrazami z kolegami, snuł opowieści na temat wydarzeń dotykających bohatera umieszczonego w różnych częściach płótna.
W serii "Podróże autostopem" szczególnie wyraźnie widać wpływy malarstwa Nikifora. Krynickiego samouka Dwurnik spotkał przy pracy tylko raz, jednak było to wystarczające do nadania kierunku rozwoju twórczości: "W 1967 przywieźli go (Nikifora – przyp. red.) do Warszawy, do Akademii. Posadzono go na ławeczce, a on na nikogo nie zwracał uwagi, tylko rysował, machał cały czas ołówkiem w takim niesamowitym rytmie. Potem zawieźli go pod hotel Bristol i Europejski, na rynek
Nowego Miasta, Stadion Dziesięciolecia i gdzieś tam jeszcze. Szedłem za nimi, a po paru dniach zrobiłem tę samą trasę, rysując te same obiekty" ("O Nikiforze" z Edwardem Dwurnikiem rozmawia Mirosław Ratajczak, "Odra" 1996, nr 4). Malarstwo Nikifora było wybawieniem dla studenckiego umysłu Dwurnika, niezwykle chłonnego i nieustannie poszukującego inspiracji oraz świeżego spojrzenia.
Pierwsza ważna zagraniczna podróż artysty odbyła się w kierunku zachodnim. Młody malarz w 1967 roku trafił do Paryża. O tym okresie mówił: „Zależało mi na Paryżu, bo chciałem skonfrontować rzeczywistość z tym, czego się naoglądałem w pięknych czarno-białych albumach, które wynajdowała mi w akademii pani Grabowiecka (…) zawsze kiedy przychodziłem do pani Grabowieckiej do biblioteki, oglądałem mnóstwo albumów ze zdjęciami Paryża; po kolei przyglądałem się ulicom i placom – niewiele było tam drzew, więc architektura była znakomicie widoczna. Chciałem na żywo przeżyć to, co znałem z książek. W kółko oglądałem też litografie Bernarda Buffeta, który często rysował Paryż, i chciałem porysować tak jak on, popodbierać jego motywy, na przykład katedrę od tyłu… Jego grafiki i obrazy ukazywały się na łamach ‘Przekroju’, w latach pięćdziesiątych był na topie (…). Poza tym podróż do Paryża to tradycja, obowiązek – wszyscy artyści zarówno przed wojną, jak i po wojnie tam jeździli, to ich mekka. Długo się szykowałem do tego wyjazdu” (Małgorzata Czyńska, Moje królestwo. Rozmowa z Edwardem Dwurnikiem, Wołowiec 2016, ss. 130-131). Grand tour artysty zaowocowało bogatym zbiorem rysunków, w których młody Dwurnik przedstawiał opisywane przez siebie ulice. W bardzo syntetyczny sposób rozrysowywał wówczas słynne widoki miasta, na których nieczęsto można spotkać ludzi. Seria paryska jest ciekawym cyklem, w którym widocznie widać wczesne inspiracje młodego artysty: płaski rysunek Nikifora i kontrastowy kontur Buffeta.