Znaczenie w twórczości Ryszarda Rabsztyna

Artyści mówią

Znaczenie w twórczości Ryszarda Rabsztyna

Kamila Pogorzelska

 

Znaki pojawiają się już na wczesnych obrazach Ryszarda Rabsztyna. W obliczu tego, co dziś prezentuje jego sztuka, były to jednak zabiegi jedynie prekursorskie. Jaki przekaz i znaczenie niesie dziś jego twórczość, i co sprawia, że artysta w swojej dziedzinie może być niepowtarzalny?

 

Choć wolałabym uniknąć zadawania tego fundamentalnego pytania, które pojawia się w każdym wywiadzie na temat sztuki, czyli: "skąd pomysł", w przypadku Pana prac jest to jednak konieczność. By móc przybliżyć kontekst obrazów, które możemy podziwiać na wystawie "Bliżej do Sztuki" w DESA Unicum, musimy zacząć od samego początku, a więc od warstwy wizualnej.

Ryszard Rabsztyn w pracowni, zdj. dzięki uprzejmości artysty

Kamila Pogorzelska: Pewnie niejedna osoba niezaznajomiona z Pana twórczością, patrząc na Pana dzieła, zachodzi w głowę… co właściwie się na nich znajduje?

 

Ryszard Rabsztyn: Od kilku lat na wszystkich moich obrazach znajdują się słowa Pisma Świętego, hymny, psalmy, modlitwy, afirmacje. Wszystko to, co aktualnie jest w moim sercu i głowie. To próba zapisu relacji ze Stwórcą, nasz intymny dialog, forma komunikacji i wyrażania siebie. W skrócie są to teksty biblijne i autorskie, a przy okazji, zdaniem niektórych, ciekawa sztuka abstrakcyjna. Dla mnie jednak zawsze jest to tekst. Pisany kilkadziesiąt albo kilkaset razy w zależności od treści, rodzaju alfabetu, złożoności słów bądź zdań.

 

KP: W ten właśnie sposób – jako sztukę abstrakcyjną – postrzega ją większość osób. Co sprawia, że decyduje się Pan na wybór konkretnego fragmentu? Jak jego treść przekłada się na efekt wizualny?

 

RR: Uważam, że często to nie ja wybieram tekst, lecz wręcz odwrotnie. Wierzę, że Słowo Boże jest żywe, pracuje nade mną i wewnątrz mnie. Płynie w moich żyłach i tętni w moim sercu. Zmienia mnie powoli, ale skutecznie i nieodwracalnie. Sama treść nieszczególnie się przekłada na efekt wizualny, natomiast wybór alfabetu jak najbardziej. Aktualnie w swoich dziełach skupiam się na alfabecie Braille'a oraz Morse'a.

KP: Nowy cykl wyróżnia się lekko odmienną kolorystyką, to już nie tylko biele i czernie, lecz także szarości i cieplejsze tony. Czy prace, które są prezentowane w DESA Unicum, powstały specjalnie z myślą o tej wystawie?

 

RR: Na bieżąco pracuję nad doskonaleniem warsztatu i co jakiś czas odczuwam potrzebę utrudniania sobie pracy, czego wynikiem są coraz bardziej skomplikowane kompozycje. Równolegle pojawiają się nowe pomysły i inne sposoby zapisywania. Z każdego próbuję wycisnąć możliwie jak najwięcej. Dlatego na wystawie można zobaczyć różne prace i inne sposoby zapisywania tekstów.

 

KP: Czy są artyści, których twórczość szczególnie na Pana wpłynęła?

 

RR: Na moją twórczość najbardziej wpłynęło obcowanie z hieroglifami i wszystkim, co z tym związane. Poszukiwanie własnego języka, szyfru, zagadki. Celowo chciałem "zakodować" wszystkie teksty, ponieważ, tak jak wspomniałem, jest to dla mnie sprawa najbardziej intymna i niedostępna dla każdego. Twórczość Romana Opałki, a konkretnie jego ostatni cykl "liczonych" obrazów dała kolejny impuls, a raczej kierunek, by podjąć wyzwanie pisanych obrazów.

 

KP: Jak bycie osobą uduchowioną przekłada się na Pana twórczość?

 

RR: Wiara czy duchowość przekłada się na malarstwo w sposób bezpośredni i konieczny, ściśle zespolony i nierozerwalny. Dlatego wiem, że moje obrazy to Nasze wspólne dzieło i nie mogę wyłącznie sobie przypisać autorstwa. Zawierzyłem i dałem się prowadzić, ufając, że będę tylko narzędziem w Jego rękach. Cała reszta przyszła sama.

Ryszard Rabsztyn w pracowni, zdj. dzięki uprzejmości artysty

KP: Pana prace cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem na Aukcjach Młodej Sztuki. Do kogo Pan, jako artysta, kieruje swoje obrazy?

 

RR: Na początku zastanawiałem się, kto kupuje moje obrazy i czy ma świadomość tego, czym one właściwe są. Nawet trochę się obawiałem, że kiedy prawda wyjdzie na jaw (o tym, co na nich jest napisane), wówczas spotkam się z jakąś niechęcią. Teraz kompletnie mnie to nie obchodzi. Wręcz odczuwam wewnętrzny i odgórny przymus, by głosić Słowo z odwagą i bez cienia wątpliwości. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jestem wiarygodny w tym, co robię i mówię.

 

KP: Na koniec chciałabym zapytać, może nieco przewrotnie, co według Pana musi mieć w sobie obraz, żeby był dobry?

 

RR: Nie chcę oceniać innych twórców, mędrkować, co jest w sztuce dobre, a co nie. Dla niektórych moja sztuka to nawet nie jest malarstwo. Osobiście mi to nie przeszkadza. Pragnę jedynie być do końca sobą i tworzyć tak, jak mnie prowadzi Opatrzność. Ufam, że to, co robię, jest dobre. Inaczej bym tego nie pokazywał. Wiem, co się składa (przynajmniej w moim przypadku) na to, że uznaję obraz za skończony i doskonały. Sam muszę się nim zachwycić, nieraz zapłakać z radości, innym razem przerazić się. Muszę wiedzieć, że włożyłem w niego maksymalnie dużo prawdy, autentyczności i miłości. Muszę wierzyć niezachwianie, że każda kropka jest na swoim miejscu. Muszę mieć odwagę, by przyznać się przed całym światem, co tam jest napisane.