Wywiad z Marcinem Rząsą

Wywiad z Marcinem Rząsą

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Marcinem Rząsą, przeprowadzonego przez ekspertkę DESA Unicum, Martynę Kolanowską. 

 

Martyna Kolanowska: Chciałabym rozpocząć od pytania, jak Pana ojciec wspominał Szkołę Przemysłu Drzewnego w Zakopanem. Był to ośrodek o długoletniej tradycji, silnie kształtujący rzeźbiarzy. Chciałabym też zapytać o jego relacje z profesorem Antonim Kenarem.

 

Marcin Rząsa: Zacznę od tego, że ojciec zmarł, gdy miałem piętnaście lat, więc moje wspomnienia są raczej wspomnieniami dziecka niż osoby dorosłej. Pamiętam jednak, jak opowiadał o tej szkole, oprowadzając gości po galerii. Szkoła Przemysłu Drzewnego była w przypadku ojca jedynie jednorocznym epizodem – pojawił się tam rok przed wojną, a dalszą naukę uniemożliwił jej wybuch. Rzeczywiście jednak tak się szczęśliwie złożyło, że gdy ojciec przyjechał do Zakopanego, opiekunem jego klasy i nauczycielem rzeźby był właśnie Antoni Kenar.

 

MK: I po wojnie powrócił do szkoły?

 

MR: Ojciec nie planował powrotu do szkoły, ale wojna sprawiła, że wszystkie swoje dokumenty zostawił w Zakopanem. Napisał więc list na adres przedwojennej szkoły z prośbą o ich zwrot. Ten list trafił nie w przypadkowe ręce, lecz do Kenara. Zamiast dokumentów ojciec otrzymał podobno bardzo ciepły, serdeczny list, na tyle przekonujący, że zdecydował się wrócić do Zakopanego. To niemal filmowa scena – podobno dziadek powiedział mu na pożegnanie: "Tu miałeś chleba pod dostatkiem, tam cię nie poślę". Ojciec był jednak tak zdeterminowany, że wrócił i kontynuował naukę, już nie w Szkole Przemysłu Drzewnego, lecz w szkole Kenara.

MK: Czyli gdyby nie list Kenara, Pana ojciec zostałby na ojcowiźnie, w Futomie?

 

MR: Tak, chyba tak. Mimo że ojciec nie był pierworodnym synem, dziadek miał pomysł, by to właśnie on odziedziczył gospodarstwo i został głową rodziny. Dla mojego dziadka wyjazd do Zakopanego był wyrazem pogardy dla tego, co oferowała Futoma i rodzina. Był twardym człowiekiem – jeśli coś postanowił, nie było miejsca na dyskusję czy kompromis. Ojciec zrezygnował ze wszystkiego, co miał, na rzecz całkowicie niepewnej drogi. Kenar był osobą, która przeważyła szalę. Musiał mieć niesamowitą charyzmę.

 

MK: Antoni Rząsa wrócił więc do Zakopanego, w 1952 roku zdał maturę, a następnie rozpoczął pracę w szkole.

 

MR: Tak, ale relacja ojca z Kenarem wciąż miała charakter relacji mistrz–uczeń, nawet gdy ojciec był już samodzielnym artystą. Pokazywał Kenarowi swoje projekty i prace, a jednocześnie spędzali całe godziny na rozmowach o jego działalności pedagogicznej. Spotykali się popołudniami w szkole i o każdej uczniowskiej pracy rozmawiali. Ojciec musiał opowiadać, co jest dobre, co złe, na co zwrócić uwagę. I tak po prostu na kolejnych rzeźbach uczył się pracy pedagoga, ale też uczył się gramatyki rzeźby. To był bardzo istotny i chyba najważniejszy okres współpracy ojca z Kenarem.

 

MK: Antoni Rząsa bywał określany jako najbliższy uczeń Kenara. Tak charyzmatyczna postać z pewnością miała realny wpływ na jego twórczość.

 

MR: Najważniejsze jest to, że choroba i śmierć Antoniego Kenara wpłynęły na pojawienie się w twórczości ojca motywu Chrystusa ukrzyżowanego, a szerzej – idei opowiadania o ludzkim losie i cierpieniu właśnie poprzez postać Chrystusa. Gdy okazało się, że Kenar jest śmiertelnie chory, ojciec bardzo to przeżywał i chciał o tym mówić w swojej rzeźbie. Szybko zorientował się jednak, że dotychczasowe formy nie nadają się do opowieści o śmierci, bólu i cierpieniu. Wtedy właśnie uświadomił sobie, że najsilniejszym symbolem bólu w naszej kulturze jest Chrystus ukrzyżowany. Ojciec rzeźbił Chrystusa, ale w istocie opowiadał o Kenarze.

 

MK: I wówczas tematy religijne zaczął przekładać na doświadczenie ogólnoludzkie?

 

MR: Dokładnie tak. Kiedy rzeźbił Pietę, nie przedstawiał Matki Boskiej z Chrystusem, lecz Matkę, która straciła syna. Takim ostatnim wypełnieniem cykli krzyży ojca były krzyże oświęcimskie, gdzie ojciec ubierał Chrystusa w charakterystyczne pasiaki więźniów obozów koncentracyjnych. Tworzył je pod koniec życia. Do galerii trafiła kiedyś pani, która była więźniarką obozu w Ravensbrück. Ojciec bardzo długo z nią rozmawiał i bardzo przeżył to spotkanie. Rozpoczął cykl ukrzyżowanych kobiet, z którego mamy tylko dwa szkice. To była konsekwencja tej opowieści więźniarki z Ravensbrück, którą ojciec osobiście poznał i stał się powiernikiem tej relacji.

 

MK: Chciałabym jeszcze wrócić do przełomowych momentów w twórczości Antoniego Rząsy. Czy poza śmiercią Kenara były inne wydarzenia, które znacząco wpłynęły na jego drogę artystyczną?

 

MR: Śmierć Kenara była dla ojca odejściem autorytetu, który dotąd potrafił jasno powiedzieć: to jest dobre, to złe, to właściwa droga albo nie. Był trochę zawieszony w próżni. Ogromnym wsparciem było dla niego środowisko skupione wokół szkoły – przyjaźnił się ze Zbrożyną, Hasiorem, Brzozowskim. Brakowało jednak rozmowy z Kenarem, która sankcjonowałaby jego wybory. Właśnie wtedy, na przełomie 1961 i 1962 roku, wyjechał na trzymiesięczne stypendium do Włoch. Wrócił zafascynowany sztuką wczesnochrześcijańską i wczesnym renesansem, zwłaszcza twórczością Giotta i Cimabuego. Ojciec we Włoszech zobaczył, że to, co robi, ma bardzo mocne osadzenie w tradycji kultury europejskiej i że jego prace są właśnie w dialogu z tą sztuką, że to się wszystko bardzo sensownie się składa i tworzy taką spójną, konsekwentną narrację. Potem bardzo konsekwentnie już trzymał się tej drogi, tworzył kolejne Ukrzyżowania, pojawił się motyw Piety.

 

MK: Twórczość Pana ojca była silnie osadzona w tradycji. Jak odnosił się do powojennej awangardy, tworzonej choćby przez jego przyjaciół – Władysława Hasiora i Tadeusza Brzozowskiego?

 

MR: Pamiętam, jak Hasior wracał ze swoich wojaży po Europie, to jednym z pierwszych, jeżeli nie pierwszym, miejscem, gdzie on się pojawiał to był nasz dom. Spotykał się z ojcem i rozmawiali o tym, co Hasior ciekawego widział, co go zainspirowało. Ojciec był doskonale zorientowany w tym, co dzieje się w sztuce światowej. Miał niesamowitą pewność siebie i determinację. Wiedział, że sztuka idzie innymi drogami, a mimo to z pełną konsekwencją podążał własną. Miał taki epizod, bardzo zabawny, kiedy niektórzy artyści zakopiańscy mu zarzucali, że taka tradycyjna, figuratywna sztuka jest passé, to ojciec przygotował na wystawę zestaw czterech bardzo udanych rzeźb abstrakcyjnych. Po tej wystawie jednak już nigdy do abstrakcji nie wrócił. To nie był jego świat, jego opowieść ani jego historia.

 

MK: Chciałabym zapytać także o materiał, który Pana ojciec wybierał na swoje rzeźby, czyli drewno, które było istotne dla jego twórczości.

 

MR: Ojciec traktował drewno w sposób wyjątkowy. Nie był to dla niego bezduszny materiał, który można dowolnie podporządkować. Jego prace często powstawały w dialogu z materią, z wykorzystaniem naturalnych układów drewna. Choć mówi się, że rzeźby powstawały z jednego kawałka, w rzeczywistości takich prac jest niewiele. Ojciec sklejał drewno w taki sposób, by sprawiało wrażenie naturalnego układu konarów, ale była to pełna kontrola nad materiałem. Kenar bardzo dużą uwagę przywiązywał do tego, żeby wszystkie te działania były świadome i żeby w tych wszystkich decyzjach, które podejmuje rzeźbiarz, nie było żadnego przypadku.

 

MK: Czy Pana zdaniem rzeźby Antoniego Rząsy zachowały uniwersalny charakter i dziś przemawiają z tą samą siłą co w latach 60. i 70.?

 

MR: Myślę, że tak – przede wszystkim dzięki ich szczerości i autentyczności. Pierwszymi miejscami, w których ojciec obcował ze sztuką, były kościoły. Rzeźba i obraz funkcjonowały tam jako medium kontaktu z sacrum i metafizyką. Ta autentyczność wciąż porusza odbiorców. Twórczość ojca jest silnie zakorzeniona w tradycji polskiej – widać inspiracje barokiem, ikoną, sztuką ludową – a jednocześnie okazuje się niezwykle uniwersalna. Do galerii przychodzą osoby z odległych kulturowo krajów, na przykład Japończycy, którzy nie mogą uwierzyć, że ojciec nie studiował ich tekstów o naturze. Przy różnych wystawach, które robimy za granicą, to zawsze jest dla mnie niezwykłym zaskoczeniem, jak ludzie na nie reagują. I one rzeczywiście odczytywane są na bardzo różnych płaszczyznach, bo dla tych osób, dla których religia jest ważna, to myślę, że taka wizyta u nas w galerii jest jakąś formą rekolekcji. Dla innych jest to opowieść o ich losie, życiu i problemach. Jak obserwujemy zwiedzających w naszej galerii w Zakopanem, to rzeczywiście te rzeźby nadal działają i pozostają aktualne.