Wytłaczane romanse Alicji Halickiej

Poznaj artystę

Wytłaczane romanse Alicji Halickiej

Alicja Halicka zapisała się w historii jako wszechstronna artystka i jedna z pierwszych kobiet, które tworzyły w nurcie kubizmu, a prywatnie jako żona Ludwika Markusa (Louis Marcoussisa), czołowego przedstawiciela paryskiej awangardy. Jej talent przysłonił zaborczy mąż, który twierdził, że jeden kubista w rodzinie wystarczy. Po krótkim epizodzie eksperymentów z tym awangardowym nurtem w latach 1914-18, o którym, dzięki staraniom Marcoussisa, świat nie usłyszał w epoce, Halicka zyskała sławę jako wrażliwa kolorystka, ilustratorka książek, autorka akwafort i litografii barwnych, a także bardzo oryginalnych prac ze skrawków tkanin, tzw. "Wytłaczanych romansów".

Urodziła się pod nazwiskiem Rosenblatt w zamożnej krakowskiej rodzinie w 1894. O najwcześniejszych przejawach swoich artystycznych uzdolnień w wieku siedmiu lat artystka pisała w dzienniku, wspominając wizytę w cyrku, pod wpływem, której zaczęła rysować. Później, w czasach kiedy na oficjalne akademie nie przyjmowano jeszcze kobiet, studiowała przez pewien czas w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych dla Kobiet prowadzonej przez Marię Niedzielską. W grono pedagogiczne wchodzili tam tacy renomowani profesorowie jak: Leon Wyczółkowski, Wojciech Weiss oraz Józef Pankiewicz. Następnie naukę kontynuowała w Monachium w szkole Simona Hollósyego, bardziej postępowej niż konserwatywna akademia, oraz w Paryżu w Académie Ranson, gdzie uczęszczała do pracowni nabistów Maurice'a Denisa i Paula Sérusiera. Wyjazd za granicę na studia pozwolił zasmakować młodej dziewczynie, córce dość autorytatywnego, skrępowanego konwenansami i zapracowanego lekarza, wolności i swobody.

 

Do Paryża, miasta jej marzeń, Alicja Rosenblatt przyjechała wiosną 1912. W stolicy sztuki fascynowało ją wszystko, począwszy od słońca, eleganckich dam spacerujących po Polach Elizejskich, aż po zapach smażonego tłuszczu i benzyny. Tam od początku funkcjonowała i sygnowała swoje prace nazwiskiem ‘Halicka' o nieznanej proweniencji. Nawet po ślubie z wybitnym kubistą, Ludwikiem Markusem, dalej podpisywała swoje obrazy wymyślonym nazwiskiem. Ślub z nim miał niebagatelny wpływ na ukierunkowanie twórczości młodej artystki. Mieszkający od 1903 na Montmartrze Markus znał całe środowisko malarzy, krytyków i poetów młodej awangardy, spotykających się i prowadzących burzliwe debaty w okolicznych kawiarniach, m.in. Café de l'Hermitage czy Café Cyrano. To tam gromadzili się Pablo Picasso, Georges Braque, Fernard Léger, Gino Severini, Serge Férat, zaś do przyjaciół małżeństwa należeli Max Jacob, Guillaume Apollinaire czy Juan Gris.

Obracając się w tak awangardowych kręgach nie dziwi, że Alicja Halicka sama podjęła próby tworzenia w nurcie kubizmu. Gdyby nie służba jej męża w Legii Cudzoziemskiej podczas pierwszej wojny światowej, być może młoda, raptem dwudziestoletnia, artystka nigdy nie odważyłaby się w jego obecności wprowadzić w praktykę założenia nowego malarstwa, którym przysłuchiwała się w gorących dyskusjach prowadzonych między Marcoussisem a Juan Grisem w kawiarniach Montmartre'u. W 1914 udała się na farmę w Normandii, gdzie mogła malować dla przyjemności to, co chciała. W tworzonych wówczas martwych naturach malarka testowała wszystkie możliwości, jakie dawał kubizm. Po powrocie męża z wojny odcięła się od malarstwa kubistycznego, a obrazy, jakie przywiozła ze sobą do Paryża, zostały podobno przez niego zniszczone. Szczęśliwie kilkadziesiąt pozostawionych przez malarkę na strychu płócien, gwaszy i rysunków z tego okresu zostało odnalezionych niemal sześćdziesiąt lat później przez spadkobierców jej przyjaciół i przesłane do niej, odsłaniając nieznaną dotychczas szerszej publiczności stronę jej twórczości.

 

W drugiej połowie lat dwudziestych Alicja Halicka zwróciła natomiast uwagę krytyków nietypową serią obrazów-kolaży, w niektórych wypadkach trójwymiarowych, złożonych z różnorodnych skrawków tkanin, wzorzystych papierów, guzików, koralików, piór czy drutów prezentujących drobne scenki rodzajowe. Zaprezentowała je po raz pierwszy w Galerie d'Art de la Grande Maison du Blanc pod koniec 1925. Księżna Murat, we wstępie do katalogu wystawy, określiła je jako Romances Captionnées. W literaturze polskiej przyjął się termin "wytłaczane romanse", który nie do końca trafnie odzwierciedla różnorodność technik tych prac. Captionné w języku francuskim oznacza również "pikowany", "dublowany". Tkanina jako środek wyrazu artystycznego była bliska Alicji Halickiej od lat dwudziestych. Trudna sytuacja materialna zmusiła ją do podjęcia pracy zarobkowej w dziedzinie sztuki użytkowej, aby wspomóc domowy budżet. Początkowo projektowała tkaniny i tapety dla Paula Dumasa, następnie zaś wykonywała wzory dla producenta wzorzystych jedwabi Bianchiniego, a także pracowała dla firmy Rodier.

Kolejna wystawa "Wytłaczanych romansów" w Galerie Georges Petit w 1930 przyniosła jeszcze większy sukces i rozgłos w prasie. Krytyk Tériade pisał o nich: "Te ‘Romanse' nie są, jak można by przypuszczać, zwykłymi robótkami kobiecymi. Poetyckie walory, które wynikają z licznych pomysłów technicznych polegających na zabawnym zestawieniu materiałów, barw oraz wysublimowanych szczegółów, można umieścić na honorowym miejscu pośród tak obecnie modnych ‘collages'" (cyt. za: Alicja Halicka. Mistrzowie École de Paris, tekst: Krzysztof Zagrodzki, Artur Winiarski, Warszawa 2011, s. 29). Tkaninowe kolaże były następnie wielokrotnie pokazywane na wystawach w Londynie i Nowym Jorku do końca lat trzydziestych. Stały się na tyle popularne w środowisku paryskiego haute couture, że wywarły wpływ na dekoracje wystaw sklepowych. O skali wpływu "Wytłaczanych romansów" świadczy również próba kopiowania pomysłów Halickiej przez Suzanne Roland-Manuel współpracującą z Cocteau w nowojorskich witrynach.