13 maja 2020

Street art, czyli jak „zepsuto” kawałek muru i inne historie

Magdalena Żuk

URBAN NATION, MUSEUM FOR CONTEMPORARY ART, BERLIN, FOT. MAGDALENA ŻUK

Delikatna kreska, wyraźna postać i długa charakterystyczna szyja mężczyzny na koniu. Zapragnęłam go mieć. To była pierwsza praca, jak się później okazało, współczesnego artysty wywodzącego się z urban artu, jaką zakupiłam. Wypatrzyłam ją, prawie dekadę temu, na jednej z aukcji w DESA Unicum. Grafika zatytułowana "Pastor Poe" była projektem ilustracji do powieści Nicka Cave'a "Gdy oślica ujrzała anioła" autorstwa Michała SEPE Wręgi. Inny jego jeździec na koniu, Piłsudski na swojej Kasztance, od 10 lat zdobi Most Śląsko-Dąbrowski w Warszawie. Współtwórcą tego muralu jest CHAZME. Jego praca trafiła do mojej kolekcji jako druga. Ją również wypatrzyłam w DESA Unicum. Jeszcze wówczas nie wiedziałam o częstej kolaboracji tych dwóch panów. To, co mnie ujęło w niewielkich rozmiarów obrazku CHAZME, to wyklejony z kawałków, chyba gazety, fragment miasta z jakimś niejednoznacznym pojazdem latającym. Mam słabość do kolaży, a jak się okazało, do tego również moja córka, która co trochę dopatruje się w nim nowych znaczeń.

Co ciekawe, SEPE jest absolwentem warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, a CHAZME Wydziału Architektury i Urbanistyki Politechniki Warszawskiej, co widać bardzo wyraźnie w ich pracach. Obaj są bardzo aktywni i tworzą zarówno "na mieście", jak i w pracowni. Ich prace można spotkać na murach wielu miast w Polsce i zagranicą. Gdy piszę te słowa (kwiecień 2020) to SEPE ma na swoim koncie na Instagramie zdjęcie świeżo namalowanego muralu w Kambodży. Z kolei CHAZME zdjęcia prac na płótnie, jakie niedawno prezentował na pierwszej swojej amerykańskiej wystawie indywidualnej w Mirus Gallery w San Francisco. Zresztą nie tylko on sprzedaje swoje prace za pośrednictwem zagranicznych galerii. W ubiegłym roku prace innego mojego polskiego artysty SEIKONA (niedawno udało mi się kupić jedną z jego grafik) wystawiane były w paryskiej galerii Magdy Danysz. O stylu tego artysty dużo mówi zarówno tytuł wystawy (Vibrations), jak i towarzystwo takich artystów, jak Carlos Cruz-Diez, Julio le Parc, Jesus Rafael Soto czy Victor Vasarely. Mnie w jego pracach ujmuje prostota, subtelna gra linii i geometrycznych kształtów.

To, co jest fascynujące w kolekcjonowaniu obiektów stworzonych rękami artystów, którzy wywodzą się z nurtu urban artu (street artu) - to ich "spotykanie" w przestrzeni miejskiej. Czy to przypadkiem w swojej okolicy, czy wybierając się na street art tour'y. Duże miasta, czy to Paryż, Londyn, Nowy Jork, Amsterdam czy Berlin mają swoją własną i niepowtarzalną historię street artu. Każda jest fascynująca na swój sposób, choć jej odbiór w znacznym stopniu zależy od przewodnika.

MAGDALENA ŻUK NA TLE PRACY JR, NOWY JORK

W każdym mieście jest jakaś dzielnica lub ciąg komunikacyjny, szczególnie wart odwiedzenia. Czasami, jak w przypadku Paryża, są to dodatkowo tak nieoczywiste miejsca, jak podziemia Palais de Tokyo z fascynującym projektem Lasco Project i ukrytym muralem Portugalczyka VHILSA. Wszędzie można znaleźć polskie akcenty. W samym Paryżu ja sama trafiłam na kilka. W Open Space Gallery znalazłam ostatnie sztuki grafiki Roberta Procha. A jak ktoś lubi szukać i ma dużo czasu to może spróbować znaleźć w podziemiach Gare du Nord piękny mural YOLI, który ja nazywam "Zakochani staruszkowie". Pozostając jeszcze na moment w stolicy Francji – miłośnicy street artu z pewnością znają znajdującą się obok ściany "Le Mur Oberkampf" kawiarnię Café Charbon. Można tam posiedzieć przy lampce wina patrząc co drugi tydzień na to, jak nowy artysta tworzy swój mural. Z Polaków malowali tutaj CZARNOBYL i PENER. Tego drugiego można dość często spotkać na polskich aukcjach, warto na niego polować.

Le MUR ma ścianę nie tylko w Paryżu, ale i w Rennes. To tutaj niedawno tworzyła NeSpoon. Jej sztukę bazującą najczęściej na motywie koronek (tj. klasycznego rękodzieła znanego praktycznie w każdym kraju) można odnaleźć w niejednym zakamarku świata. Czy to w formie szablonów, ceramiki czy koronkowych instalacji. Jej "koronki" znajdują się też w otwartym w 2017 roku berlińskim muzeum Urban Nation – Museum for Urban Contemporary Art. W Warszawie dużo jest ich na Żoliborzu i na Bielanach. Jedna przy klimatycznej Cafe de la Post na Placu Konfederacji. A jedna, wypalona w glinie, w mojej kolekcji. I zgodnie z przesłaniem artystki budzi pozytywne emocje.

W zasadzie każda praca artysty, jaka do mnie trafiła, ma swoją historię. Grafika ROBERTA PROCHA, wysłana z paryskiej Open Space Gallery dotarła do mnie dopiero za trzecim razem (nikt nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę…). Maleńkie biało-czarne płótno M-CITY wypatrzyłam w londyńskiej Saatchi Gallery. Choć od początku mnie intrygował, to dopiero po kilku tygodniach od jej zakupu odkryłam, że ma niezauważalne na pierwszy rzut oka napisy – "poor kids" na pociągu i "rich kids" na nowojorskiej limuzynie. W następstwie zbiorowej wystawy zorganizowanej przez Pracownię N22, stałam się szczęśliwą posiadaczką kawałka muru z odbitym na nim szablonem Scandalisty. Proces nabycia trwał kilka miesięcy, potem tydzień przymierzałam się do rozpakowywania 30-kilogramowego muru. Finalnie jednak nie zdążyłam, ponieważ zanim go rozpakowałam, pewien osobnik w przypływie dziecięcej radości zaczął skakać po folii bąbelkowej, w którą był opakowany. Trwało to do momentu, aż usłyszeliśmy trzask i okazało się, że mur pękł idealnie wzdłuż napisu "Scandalist". Trochę jeszcze potrwało zanim sklejony żywicą (po długim namyśle) przez artystę mur wrócił do mnie. Dzisiaj Scandalist SC SZYMANA spogląda spod swojego kapelusza na Pastora Poe SEPEGO, również w kapeluszu.