Witkacy i Nena. Historia nie całkiem portretowa
W życiu Stanisława Ignacego Witkiewicza niewiele rzeczy układało się prosto. Ani relacje, ani obrazy, ani decyzje. Wszystko było trochę na opak, z przekory albo z konieczności. Nawet Firma Portretowa – z pozoru uporządkowany projekt artysty próbującego utrzymać się na powierzchni – była zarazem happeningiem, ironią i formą kontrolowanego chaosu.
W tym właśnie krajobrazie pojawiła się Nena, Jadwiga Stachurska, jedna z tych osób, które wracają do czyjegoś życia nie przez przypadek, ale jakby zgodnie z jakimś dziwnym planem. Po raz pierwszy zetknęli się przelotnie – w Zakopanem, gdy jako dziewczynka towarzyszyła ciotce podczas wizyty u matki Witkacego. Spotkanie przeszło bez echa. Dopiero później, już oficjalnie, poznała go bliżej – i wówczas wszystko zaczęło się na serio.
Relacja między nimi wymykała się nazwom. Nena nie była tylko modelką ani klasyczną muzą – zbyt obecna, zbyt konkretna. A jednak była kimś, kogo twarz i obecność kusiły, by nieustannie je portretować. Mówi się, że Witkacy narysował ją osiemdziesiąt osiem razy. Liczba ta krąży w opracowaniach, ale nie ma na nią twardych dowodów – równie dobrze mogła być większa, albo po prostu symboliczna. Pewne jest natomiast, że żaden inny model nie zostawił w jego dorobku takiej liczby śladów.
Witkacy portretował ją na różne sposoby. Z dystansem i czułością, z nudą i złością. Czasem zbyt dokładnie, innym razem z jawną przesadą. Tworzył pod wpływem alkoholu, narkotyków, rozpaczy, oczekiwań. Albo tak jak w 1931: bez papierosa, ale po piwie. Ślady tej atmosfery widać w obrazie – kreska swobodna, lecz czujna, twarz o delikatnym napięciu, pozornie spokojna, a jednak drgająca gdzieś pod powierzchnią – jakby chciał uchwycić nie konkretną osobę, ale chwilowy stan. Albo wspomnienie.
Z biegiem lat ich relacja zaczęła się psuć. Witkacy oskarżał Nenę o zdradę, o manipulacje, o ukrywanie listów. Coraz trudniej było mu odróżnić żal od wymysłu. Może naprawdę cierpiał, może po prostu każda zażyłość zamieniała się u niego z czasem w podejrzenie. Ona z kolei z coraz większym dystansem znosiła jego zarzuty, aż w końcu między nimi zapadła cisza.
Po jego śmierci spaliła listy. Co ją do tego skłoniło – nie wiadomo. Może chciała zachować prywatność, może ochronić siebie, a może to była jej ostatnia odpowiedź na wszystko, czego nie dało się już wyjaśnić. Zostały tylko portrety. Każdy inny, każdy niedopowiedziany.
Firma Portretowa miała swój Regulamin – pełen dziwacznych klauzul i formalnych żartów. Klient nie mógł oglądać dzieła przed ukończeniem. Jeśli odrzucał portret – nie wolno mu było zdradzić powodu. Rysowana ręka kosztowała jedną trzecią ceny. Wszystko ścisłe, ale podszyte absurdem. W przypadku Neny te reguły przestawały mieć znaczenie. Nie była klientką, a czymś więcej i czymś trudniejszym do sklasyfikowania.
Ich znajomość zostawiła po sobie nie jedną, lecz wiele twarzy. Nieustannie reinterpretowaną obecność. Żadna z tych wersji nie była ostateczna – każda opowiadała o innej fazie napięcia, oddalenia, fascynacji. To nie był romans i nie była to przyjaźń. To było coś nieustannie przerywanego i wznawianego – rysowane raz cienką kreską, raz zamaszyście, w pastelach, w pośpiechu, na kartonie, czasem "na trzeźwo", czasem po czymś.