Poddać się uczuciu: rozmowa z Arturem Szolcem

Artykuł

Poddać się uczuciu: rozmowa z Arturem Szolcem

Artur Szolc to jedna z najciekawszych postaci związanych z polskim środowiskiem artystów surrealizmu. Jego malarstwo to wyraz połączenia trzech pasji – sztuki, muzyki i tatuażu. W mrocznych kompozycjach tego malarza odnajdujemy nawiązania zarówno do rockowej kultury undergroundu, jak i jego własnej historii. Ale odbiorcy sztuki też mogą się z tym utożsamiać. Artur Szolc opowiedział nam o swoim twórczym procesie i inspiracjach, które najsilniej wpłynęły na jego sztukę.

Artur Szolc, fot. Kasia Paskuda

 

W krótkim czasie osiągnąłeś świetną pozycję w kręgu polskich surrealistów. Czym jest dla ciebie sztuka fantastyczna?
 

Wyjdźmy od tego, że w moim pojęciu sztuka w ogóle powinna być fantastyczna, zarówno pod kątem wyobraźni i poziomu estetycznego, jak i samego znaczenia tego słowa. Fantastyczna, czyli z jednej strony zachwycająca, nieziemska, z drugiej poruszająca i grająca na najgłębszych emocjach i zapraszająca do podróży z artystą, który ją tworzy. Nurt został stworzony już dawno temu przez malarzy, którzy zaczęli przetwarzać i malować obrazy zaczerpnięte z rzeczywistości, ale połączone ze swoją nieograniczoną wyobraźnią. Przemalowywanie rzeczywistości stało się dla nich "zbyt ciasne", zatem z pomocą doskonałego warsztatu i niesamowitej wyobraźni zaczęli tworzyć własne światy. W tej chwili sztuka fantastyczna zaczyna przeżywać drugą, albo i nawet trzecią młodość. Osobiście staram się tylko pośród wielu wspaniałych malarzy i artystów wypracować miejsce dla siebie na aktualnej scenie. Moje obrazy są na tyle wyróżniające się pośród innych, że znajdzie się miejsce dla nich, jestem pewien.

Korzystając z moich inspiracji, wzorców, ciężkiej pracy, wrażliwości, odwagi i bezkompromisowości oraz braku stawiania granic jeśli chodzi o tematykę, chcę dotrzeć do odbiorcy o podobnej wrażliwości, poczuciu smaku i wymaganiach odnośnie sztuki. Na pewno chciałbym, by moje obrazy poruszały emocje, nawet te negatywne. Dla artysty nie ma nic gorszego niż obojętność.

 

Skąd fascynacja sztuką? Czy pamiętasz swój pierwszy obraz?

 

Fascynacja sztuką jest ze mną od najmłodszych lat. Zawsze lubiłem tworzyć "coś z niczego". Nieodparta chęć zrobienia tego, czego nie mogę kupić, potrzeba uchwycenia chwili, złapania momentu, tej ekscytacji przed zaczęciem pracy, potem rzeźbienie tej chwili, poddawanie się uczuciu, gdy jedno działanie stanowi inspirację dla kolejnego. Tego nie jest w stanie zastąpić nic innego. Myślę, że każdy artysta wie o jakie uczucie mi chodzi, a jednym z celów jest wciągnięcie do tego świata odbiorcy. Żeby kochać to co się robi, to co się tworzy, trzeba jednak na początku pokochać siebie, wtedy nic nie jest w stanie przeszkodzić w stworzeniu dzieła absolutnie zgodnego ze sobą. Nie bez powodu mówi się, że artyści są zakochani w sobie. To rzecz normalna, przynajmniej w moim rozumieniu świata sztuki. W innym wypadku nie dzielilibyśmy się z całym światem tym, co mamy do zaoferowania.

U mnie proces fascynacji i przygody ze sztuką przebiegał bardzo naturalnie: począwszy od malowania w dzieciństwie obrazków "kredkami z Misiem Uszatkiem", poprzez malowanie ścian w moim pokoju inspirowanych okładkami albumów muzycznych, malowaniu koszulek, skończywszy na malowaniu obrazów, komponowaniu muzyki, wydawaniu płyt i pisaniu wierszy. To były lata podstawówki i potem szkoły średniej. Pierwszy poważny obraz według mojej wizji powstał jednak dopiero koło 2001 roku dla mojej żony – ma go do dziś. To wyjątkowo obraz olejny, podczas gdy do dnia dzisiejszego wierny jestem jednak farbom akrylowym. Może dlatego, że to nimi nauczyłem się malować na tkaninach i zgłębiłem ich wszystkie tajniki – tak już zostało.

 

Jakie historie opowiada twoje malarstwo? Jakie odczucia chciałbyś wzbudzić u odbiorców?

 

Moje obrazy to kroniki i zapis tego, co w danym czasie mną poruszyło, z czym nie mogę się pogodzić i muszę się oczyścić i wyrzucić to z siebie. Może być to też temat, który tak mnie "przeorał" że muszę podzielić się nim ze światem i wręcz zmusić odbiorcę do przemyśleń i refleksji. Proces ten działa to na mnie szalenie oczyszczająco. Dzięki temu w normalnych relacjach z ludźmi jestem zwyczajnym, rozgadanym, uśmiechniętym facetem. Zwykle nie są to tematy lekkie, łatwe i przyjemne – tym pozwalam sobie we mnie mieszkać (śmiech).

Nie maluję dużo, każdy obraz przechodzi na początku proces weryfikacji i dogłębnego studium. Chcę, by każdy z nich był inny, staram się nie wałkować jednego tematu i motywu, nie używać tych samych rekwizytów. Każdy zatem obraz to inna historia, inna kompozycja, inna kolorystyka, inne kontrasty, powierzchnie. Na kontrasty właśnie stawiam w obrazie wyjątkowy nacisk, bo to one tworzą dobrą sztukę – tak samo jak światło i cień.

Nie wyobrażam sobie malowania tak chociażby jak Zdzisław Beksiński, po kilkanaście czy kilkadziesiąt krzyży, katedr czy łudząco podobnych sylwetek. Ogromnie szanuję jego malarstwo i jednocześnie wiem, że miał powody i potrzebę by to robić, natomiast moje są inne. Jeden będzie malował pieroty, domki z kart, pociągi czy latające w powietrzu żaglowce, bo ma taką potrzebę czy taki fetysz i ja to rozumiem, natomiast mnie to nie kręci.
 

 

Kto jest twoją największą inspiracją malarską? Co doceniasz u innych artystów współczesnych (i nie tylko)?

 

Tak jak każdy malarz mam swoich ulubionych artystów i zawsze chętnie ich wymieniam obok siebie. Trzech najważniejszych to Salvador Dali, Hans Ruedi Giger oraz Zdzisław Beksiński. Dalej Hieronim Bosch, Arnold Bocklin, Odd Nerdrum, oraz Frank Frazetta. Poza tym Artur Grottger, Franciszek Starowieyski czy Witkacy. Co ciekawe natomiast w świecie tatuażu jest wręcz kopalnia wybitnych artystów, którzy mieli wpływ na moją sztukę i na których warto zwrócić uwagę. To artyści wirtuozersko posługujący się zarówno maszynkami do tatuażu, jak i pędzlem czy pastelem. W jednym rzędzie wymienię tu Paula BOOTHa, Guy'a Aitchinsona czy Roberta Hernandeza. Są to artyści, którzy kolor, kompozycję i światło mają w jednym palcu i mógłby uczyć się od nich niejeden artysta malarz, co ja z dumą i przyjemnością czynię. Natomiast moim mentorem i najważniejszym nauczycielem przez lata był zmarły nagle w zeszłym roku Grzegorz "Bazyl" Baziak i to właśnie jego pamięci poświęciłem mój obraz "The Flight". "Bazyl", tak jak wyżej wymienieni artyści tatuażu w większości tworzył tatuaże metodą "freehand", czyli szkicu flamastrem bezpośrednio na skórze, którą to metodą i ja się posługuję po dziś dzień. Pozwala ona precyzyjnie dopasować kompozycję do trójwymiarowej bryły jaką jest ludzkie ciało, biorąc pod uwagę wszystkie krzywizny i załamania powierzchni na której powstaje.

 

Oprócz tworzenia obrazów, zajmujesz się również sztuką tatuażu. W jaki sposób łączą się (lub nie?) te dwie dziedziny?

 

Jako artysta tatuażu mam zaszczyt pracować z "żywym płótnem". Niezwykły to zaszczyt, bo to wyższy poziom relacji twórcy z odbiorcą. Nie ma już bliższego kontaktu, więzi i relacji między nimi niż tatuaż. Tworzy się dzieło konsultując je w trakcie z odbiorcą a co za tym idzie mam możliwość przełamywać wiele barier z rodzaju " to się nie da" czy "tak się nie robi". Odbiorcy tatuażu z racji tego, że w większości są laikami w dziedzinie rysunku dość swobodnie wpadają na bardzo spontaniczne pomysły wynikające z braku jakichkolwiek ograniczeń. Przekazują swoje wizje – z których chętnie korzystam i dzięki którym się uczę. Wtedy też często to, co wydaje się niemożliwe do wykonania, po chwili zastanowienia i wejścia na wyższy poziom koncentracji staje się możliwe. Przypomina to trochę

poszukiwanie wyjścia z labiryntu, bądź znalezienie klucza do zamkniętych drzwi w grze komputerowej. Te właśnie doświadczenia pozwalają mi "nabrać krzepy" w malarstwie i w podobny sposób potraktować kompozycję w obrazie.

Praca z żywym człowiekiem niewątpliwie uszlachetnia mnie również jako artystę, pozwala spojrzeć na dzieło oczyma odbiorcy czego żaden malarz obcujący z płótnem nie ma okazji przeżyć. To wyjątkowa przewaga artystów tatuażu – o ile potrafią ten dar odpowiednio wykorzystać. Nie ukrywam, że z pracy tatuażysty czerpię garściami i przekładam zdobytą wiedzę na moje malarstwo i odwrotnie. Na pewno cierpliwość, precyzja, płynność , kompozycja i szczegółowość to cechy moich obrazów, które mają swoje korzenie w tatuażu artystycznym. Także jedna praca uzupełnia drugą i odwrotnie. Praca tatuatorska znowu pozwala rozwijać się w jako dobry kolorysta i rzeźbiarz światłocienia. To wspaniałe uczucie móc wymieniać doświadczenia z obu tych rodzajów sztuki, wprowadzać je nawzajem i dzięki temu udoskonalać swój warsztat. Uczymy się przecież przez całe życie, więc jeśli ktoś uważa, że wie już wszystko, tak naprawdę nie wie nic.

 

Jesteś również muzykiem. Jaką rolę w twojej sztuce odgrywa muzyka?

 

Muzyka w mojej przygodzie ze sztuką odgrywa rolę absolutnie kluczową. Z racji tego, że jestem perkusistą, wprowadzam z łatwością rytm i powtarzalność do elementów kostnych i biomechanicznych w moich obrazach (śmiech), a tak na poważnie, to myślę, że to dzięki muzyce zająłem się sztuką. Począwszy od analizy okładek płyt, skończywszy na ich przemalowywaniu podczas słuchania płyt: dwie rodzaje sztuki pochłonęły mnie bez reszty. Do dziś kupuję płyty, bo dla mnie pełnowartościowy produkt wydawniczy to płyta z oprawą graficzną.

Poza podstawami technicznymi o kolorach i detalingu (retusz ręczny), którego nauczyłem się w szkole poligraficznej, jestem kompletnym samoukiem stworzonym przez sztukę i z miłości do niej. Nie ma we mnie wyrachowania, koniunkturalizmu, a jest za to piękna niewiedza i pasja, dzięki której swobodnie mogę się poruszać i robić co mi się podoba. Jeśli wiedziałbym tak wiele rzeczy, które powinienem wiedzieć, ba, wypada wiedzieć, to nie zrobiłbym tego, co zrobiłem. Po za tym zarówno w muzyce, jak i sztuce tatuażu, miałem swoich mistrzów: w rysunku "Bazyl", w perkusji Marek Surzyn. Z muzyką do dziś odnoszę mniejsze lub większe sukcesy. Nagrywam albumy, które są wydawane. Nie nagrywam do szuflady. Nawet do kilku z nich wykonałem oprawę plastyczną. W ostatnim czasie nawet płyta klawiszowca Riverside Michała Lapaja "Are You There", gdzie nagrałem mu wszystkie ślady perkusji i instrumentów perkusyjnych, otrzymała nominację do Fryderyków. Jednak projektem autorskim, z którego jestem najbardziej dumny to "Music Inspired By" gdzie ukazały się już trzy albumy: Tarot, Zodiac i Alchemy. Na horyzoncie jesienią tego roku ukaże się "Music Inspired By Slavs". Album zainspirowany jak sama nazwa wskazuje Słowiańszczyzną podróżującą w cztery strony świata. To chyba najciekawszy i najdojrzalszy album w moim dorobku.