Mroczne historie Zdzisława Beksińskiego
"Jak u klasycznego reprezentanta swego znaku zodiaku funkcjonowałem raczej w świecie własnej wyobraźni. W końcu nie byłem ani dyplomatą, który obracał się wśród interesujących zdarzeń, ani podróżnikiem, który ma sporo do wspominania, choćby wspólny obiad z Mao Tse-tungiem i wspólną kochankę z Che Guevarą. Nawet żonę miałem tylko jedną. Całe moje życie to stanie przed sztalugami lub siedzenie przed stołem i praca, przy której słuchałem sobie muzyki"
- Zdzisław Beksiński.
Osoby spod znaku Ryb charakteryzują się nietuzinkową, złożoną osobowością. Ich dwoista natura (która jest zawarta nawet w symbolu znaku – dwie ryby płynące w przeciwległych kierunkach) sprawia, że często osoby te są pełne sprzeczności. Ryby najbardziej boją się wyjść ze swojej strefy komfortu. Niepewność, która dotyczy życia czy nowych ludzi może je znacząco blokować. Dla Ryb najlepszym sposobem na radzenie sobie ze stresem jest praktyka uważności, która pomaga im poczuć kontrolę i spokój. Choć opis ten należy potraktować z przymrużeniem oka, to z pewnością Beksiński miał rację. Pod wieloma względami stanowił archetyp zodiakalnych Ryb. Jego bogata fantazja (znajdująca odzwierciedlenie w obrazach) oraz legendarna niechęć do wyjazdów czy choćby wypraw na wernisaże są tego najlepszym dowodem.
Zodiakalne Ryby słyną ze swej tendencji do zatapiania się w swych myślach. W atelier Beksińskiego w Warszawie wisiała ponoć tabliczka z napisem "Wszystko do dupy", a pod nią był podpis "z myśli zebranych". Jednak, jak twierdził sam artysta, dotychczas zebrał tylko tę jedną. Taki właśnie był Beksiński – pełen rozmaitych sprzeczności. Choć miał ogromną wiedzę o świecie, nigdy nie podróżował, najdalej znalazł się w Tatrach czeskich, i to – jak twierdził – również zupełnym przypadkiem. Jego malarstwo było całym jego życiem, potrafił zamknąć się w pracowni na długie godziny i malować. Z lubością dopracowywał każdy szczegół. Stale czegoś poszukiwał, a to odpowiedzi na trudne pytania, a to nowych form wyrazu. Widać to najlepiej, analizując dzieje jego twórczości. Przykładowo na przełomie lat 50. i 60. odwoływał się do poezji Reinera Marii Rilkego i treści egzystencjalnych. Zaś po 1964 zerwał z popularnymi wtedy awangardowymi działaniami i niemalże całkowicie oddał się malarstwu z pogranicza mrocznej fantastyki i surrealizmu, przemieszanego z jego własnymi wizjami. W tym czasie tworzył również rzeźby z gipsu i metalu. Od końca lat 60. do początku 70. w jego twórczości pojawiały się motywy Dalekiego Wschodu. A od połowy lat 70. artysta zajmował się prawie wyłącznie malarstwem olejnym. Z kolei prace z lat 80. cechuje przeplatanie się motywów barokowych i XIX-wiecznych z mocnym akcentem erotycznym. Dzieła te były określane mianem "fotografii snów". W latach 90. zaczął wprowadzać do prac grafikę komputerową, stosowaną na bazie zbioru własnych zdjęć.
Prezentowany obraz pochodzi z 1972 i już w 1973 był wystawiany. W artykule pod tytułem "Poemat o oczekiwaniu" z tygodnika "Literatura" czytamy: " ‘Oczekiwanie' – tak określił Beksiński tytuły obrazów wystawionych ostatnio w Galerii Współczesnej. I myślę, że tym jednym słowem stworzył klucz i do eksponowanych prac, i do całego swego malarstwa zarazem". (Wojciech Skrodzki, "Poemat o oczekiwaniu", Jerzy Putrament, Warszawa 1973, s. 4). Poza tym, że w obrazie wyczuwalna jest atmosfera oczekiwania, to charakteryzuje się on spokojną, symetryczną kompozycją. W środkowej części płótna widnieje statek lewitujący nad wzburzonym morzem, który przemieszcza się ku gorejącemu niebu. Obraz Beksińskiego przywodzi na myśl operę Ryszarda Wagnera "Latający Holender". Jej prapremiera miała miejsce w Dreźnie w 1843. Opowiadała dzieje okrętu błądzącego po ocenach i sprowadzającego na żeglarzy nieszczęście. Tytułowy Latający Holender to właśnie kapitan przeklętych żeglarzy. Choć nie ma pewności, czy właśnie ta opera stanowiła inspirację dla Beksińskiego, to znając jego zamiłowanie do sztuki oraz mrocznych historii, jest to wielce prawdopodobne. Patrząc na dzieło, oko widza skupia się na małym wejściu do statku. Wewnątrz widać żywe, pomarańczowe światło, kontrastujące z resztą statku, który został namalowany w ciemnych kolorach. Nad wejściem widnieje drewniana płaskorzeźba, która jakby wpatruje się w widniejącą nad nią ogromnych rozmiarów czaszką. Całość jest spowita pajęczynami i sprawia wrażenie statku widmo. Być może to wysublimowana alegoria dotycząca ludzkiego życia. Co znamienne, obraz powstał w okresie, kiedy Beksiński szczególnie interesował się alchemią, filozofią Wschodu, a także analizą snów, co – w jakimś stopniu – odnajdywało odzwierciedlenie w tworzonych w owym czasie dziełach. Przy czym trzeba mieć świadomość tego, że wszelkie próby analizy dzieł mistrza są zaledwie przymiarkami. Nie jest łatwo rozszyfrować ani konkretnych symboli, ani przesłań zawartych w jego dziełach. To zresztą kluczowa cecha całej jego twórczości. Tadeusz Nyczek pisał:
"Beksiński, który od dwudziestu lat maluje te dziwne sceny, dziejące się w jego półteatrze, nigdy nie będzie w stanie pozbyć się odbiorcy, który będzie uparcie forsował stawianie pytań o ich znaczenie. Beksiński odpowie, że nie ma tam nic poza wizjami z podświadomości. I że nie próbował wyrazić żadnego konkretnego przekazu, kiedy malował rozkładające się ciało albo watahę wilków pod latającym balonem wznoszącym się ku niebu. I że te obsesje są zaczerpnięte bezpośrednio z psychoanalizy. Wtedy odbiorca zada znowu to samo pytanie i nieporozumienie będzie trwało, niemożliwe do zagłuszenia, bo każda ze stron będzie twardo obstawała przy swoim"
(Tadeusz Nyczek, Autophychotherapies de Beksinski, [w:] Beksiński. Peintures et dessins. 1987-1991, [red.] Piotr Dmochowski, AP International, Paryż 1991, tłum. własne, s. 11).
Fantastyczny, przeszywający dreszczem, mroczny świat, który artysta wykreował, szybko zyskał uznanie wielu wśród wielu odbiorców. Nie było wtedy malarza, którego twórczość można by było zestawić z pracami Beksińskiego. W czasie gdy większość artystów z jego pokolenia była zafascynowana malarstwem abstrakcyjnym, Beksiński malował figuratywnie. Uważa się go nawet za prekursora neofiguracji. Artysta z lubością oraz konsekwencją godną podziwu przedstawiał w swych pracach poruszające sceny, fragmenty niewyjaśnionych historii, wyobrażone pejzaże, sowicie okraszone motywem śmierci i przemijania. Według wielu krytyków i historyków sztuki, m.in. Bożeny Kowalskiej, tego typu prace były metodą wyrzucenia z siebie negatywnych wizji, sposobem na zachowanie równowagi psychicznej po nieszczęśliwym dzieciństwie. Malując swoje ulubione motywy (np. krzyże – których również i w tym dziele nie mogło zabraknąć), Beksiński w pewien sposób odnajdywał ulgę.