Melancholia zaklęta w rzeźbach Magdaleny Berbeki
Jagienka Parteka
Villa przypominająca te z filmu "Ukryte pragnienia" Bertolucciego, ciepło zachodzącego słońca, inspiracje mitologią grecką i zawiłościami historii, w których przeplatają się romans, zbrodnia i wojna – to właśnie te elementy tworzą niezwykle barwną i zróżnicowaną paletę, która ożywa w rzeźbach Magdaleny Berbeki. W swoich pracach Berbeka zaprasza widza do głębszej refleksji – nad formą, nad otoczeniem, a także nad emocjami, które jej rzeźby mogą wywołać. Artystka poprzez swoje prace zaprasza nas do podróży, w której stawiamy pytania nie tylko o sztukę, ale także o naszą własną tożsamość i relację z otaczającym nas światem.
Na zbliżającej się wystawie prac Magdaleny Berbeki "Bliżej do sztuki: Zagubione w czasie" zwrócimy uwagę na rzeźbę. Głównymi materiałami staną się brąz oraz marmur, z których Magdalena Berbeka wydobywa kolejne postaci, niczym z mitologicznej kąpieli. Aby lepiej zrozumieć twórczość artystki, zapraszamy do zapoznania się z przeprowadzoną z nią rozmową.
Jagienka Parteka: To pytanie może wydać się proste, jednak pozostaje kluczowe dla zrozumienia Twojej twórczości i chęci zapoznania się z Twoimi pracami. Skąd czerpiesz najwięcej inspiracji? Jak wygląda Twój proces twórczy?
Magdalena Berbeka: Na początku są te oczywiste inspiracje. Mam na myśli oglądanie prac na wystawach, w muzeach, a także inspiracje zaczerpnięte z książek, filmów czy muzyki. Teksty kultury dają mi ogromną motywację i przestrzeń do tworzenia. Inną sprawą jest to, że proces twórczy w moim rozumieniu nieustannie odbywa się w mojej głowie. Cały czas jest przetwarzany. Wszystko, co dzieje się wokół mnie, staje się budulcem do projektów w moich myślach. Staram się być uważna i chłonąć z otoczenia tyle, ile mogę. Obecnie interesuje mnie na przykład tematyka szarości. Z wiekiem dostrzegam, że wiele decyzji czy emocji nie jest łatwych do jednoznacznej oceny – nie można ich określić jako czarne albo białe. Stąd fascynacja szarością. Emocją, a właściwie stanem, który mnie inspiruje, jest melancholia. Łączy w sobie pewne sprzeczności, gdzie tęsknota i ból duszy splatają się z lirycznością i słodyczą. Szukam tych elementów w codziennym życiu. Tęsknota za utraconym rajem, Weltschmerz, to coś, co bardzo mnie w ludziach ciekawi. Każdy doświadcza tego stanu w inny sposób. Gdy to rozważam, odczuwam pewną wspólnotę, porozumienie, które pozwala mi tworzyć różne narracje. Jeśli chodzi o mój proces twórczy, podchodzę do niego z pełnym profesjonalizmem i powagą. Za dobrą rzeźbą stoi szczera, ciężka praca. Do pracowni chodzę, jakby to była praca na pełen etat – minimum 8 godzin dziennie, choć wydaje mi się, że to za mało. Często pracuję także w soboty i niedziele. To wymaga dużej samodyscypliny, co czasem, muszę przyznać, bywa trudne. Jednak praca całkowicie mnie pochłania – mogłabym nie wychodzić z pracowni. Pewnie za jakiś czas trochę zdziczeję.
JP: Czy spędzając tyle czasu w swojej pracowni, jesteś w stanie naturalnie rozpoznać, kiedy pomysł na rzeźbę jest tym właściwym?
MB: Dużo szkicuję i projektuję. Gdy czuję, że coś z tego ma potencjał, zaczynam rzeźbić. Ostatnio nauczyłam się, że nie ma nic bardziej pomocnego niż konstruktywny feedback – to niezwykle cenny dar. Mam ogromne szczęście znać kilka osób, które bardzo cenię i które są gotowe podzielić się ze mną swoimi uwagami. To dla mnie niezwykle ważne, ponieważ rzeczywiście, spędzając codziennie czas w pracowni w samotności, łatwo stracić dystans do własnej pracy.
JP: Czy jest coś konkretnego, co chciałabyś wyrazić poprzez swoje rzeźby?
MB: Na wystawę przygotowałam cykl rzeźb inspirowanych postaciami ze starożytnej Grecji. Formą nawiązałam do art deco, twórczości Augusta Zamoyskiego oraz prac powstałych w zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego. Rzeźbiłam w ten sposób z kilku powodów. Pierwszym jest fakt, że pochodzę z Zakopanego, co stanowi moje osobiste odniesienie do korzeni. Uważam, że nawet dziś istnieje wyraźne połączenie z tym okresem. Mija 100 lat od tamtego czasu, a historia zatoczyła pewne koło. Czuję także silne powiązanie z nastrojami panującymi w dwudziestoleciu międzywojennym. Wyrzeźbione przeze mnie postacie są dla mnie zaklęte w czasie, senne – czekające na nieuchronny los, który je przebudzi. Mam wrażenie, że całe moje pokolenie czeka na takie niespodziewane przebudzenie, które może przynieść nieunikniony los. Jedną z moich ulubionych postaci literackich jest Hans Castorp, bohater "Czarodziejskiej Góry" Thomasa Manna, który również, jakby zamrożony, czekał, aż z marazmu wyrwie go najgorsze okrucieństwo – wojna. Zastanawiam się, czy nasz sen nie zakończy się w podobny sposób. Przywołując w moich rzeźbach postacie obecne w kodzie kulturowym od wieków i formy, które również odcisnęły mocny ślad na przestrzeni lat, zrozumiałam, że jest to dla mnie także opowieść o poszukiwaniu tożsamości.
JP: Czy jest jakiś sposób, w jaki chciałabyś, aby rzeźba oddziaływała na widza w porównaniu do innych dziedzin artystycznych?
MB: Lubię, kiedy ktoś mówi, że ma ochotę dotknąć mojej rzeźby. Wydaje mi się to bardzo sensualne, intymne – wyzwalanie w kimś chęci dotyku. Fascynuje mnie także, jak światło wpływa na rzeźbę. Na przykład poranne światło wydobywa z niej coś zupełnie innego niż ostre, południowe.
JP: Czy są materiały, z którymi lepiej Ci się pracuje podczas tworzenia rzeźby? Dlaczego?
MB: Myślę, że rzeźbiarza prowadzą tutaj pewne nieuchwytne, intymne preferencje. Obecnie pracuję w dwóch technikach: w glinie, czyli poprzez dodawanie materiału, oraz w kamieniu i drewnie, czyli poprzez odejmowanie. Ten drugi sposób jest chyba mi bliższy. Może to dlatego, że wyssałam to z mlekiem mojej alma mater – szkoły Kenara, gdzie otrzymuje się solidny warsztat pracy w drewnie. Fascynuje mnie, gdy materiał wymaga oddania potu, krwi i łez. Jest w tym też pewne ryzyko – jeśli odejmiesz za dużo, trudno to naprawić. To połączenie sprzeczności – pracując z ciężkim sprzętem, jak szlifierka czy piła, trzeba być niezwykle delikatnym, wyważonym, ale jednocześnie pewnym – czyż to nie piękna technika pracy? Ta myśl, że materiał potrafi się odwdzięczyć, jest niezwykła. Jakby materiał pracował nad rzeźbą razem ze mną, jakbyśmy przez chwilę byli partnerami w idealnie zaplanowanym spisku.
JP: Czy są jakieś miejsca, miasta lub studia rzeźbiarskie, w których chciałabyś tworzyć?
MB: Na wystawę w DESA Unicum przygotowałam rzeźbę w marmurze. To był mój pierwszy raz, kiedy pracowałam w kamieniu, zakochałam się. Teraz marzę o Carrarze, krainie marmuru. Chciałabym tam pojechać i pracować z tym materiałem, który jest tak ważny zarówno lokalnie, jak i na całym świecie. Oczywiście mogłoby to być również inne miejsce we Włoszech czy na południu Francji – kluczowa jest dla mnie romantyczna willa, zabytek i klimat jak z filmu "Ukryte pragnienia" Bertolucciego – wtedy będę najszczęśliwsza.
JP: Światło, pora dnia, zachody słońca i intymne spojrzenia, jak w filmach Bertolucciego – brzmi to jak przeniesienie do magicznej, włoskiej scenerii. A jak wygląda Twój codzienny proces twórczy? Czy jest coś, bez czego nie możesz rzeźbić?
MB: Finanse na materiały – to bardzo przyziemne, co mnie okropnie irytuje, ale niestety prawdziwe. Jeśli mam to zabezpieczone, niczego więcej nie potrzebuję. Znajdę sposób, żeby rzeźbić w każdych warunkach.
JP: A czy był dokładny moment w twoim życiu, kiedy poczułaś, że chcesz zostać artystką?
MB: To była ścieżka, którą obrałam bardzo wcześnie – już do gimnazjum poszłam do zakopiańskiego Kenara. Potem naturalnie trafiłam do Akademii Sztuk Pięknych. Miałam pewne "skoki w bok", jak na przykład praca jako stewardessa, przez rok. Myślę jednak, że to było z czystej ciekawości poznawania świata i nieskromnej przyjemności noszenia niecodziennego munduru. Wszystko to jednak utwierdzało mnie w przekonaniu, że chcę zostać artystką.
JP: Jakie jest Twoje największe marzenie artystyczne? Czy to jedno, niezmienne od lat, czy pojawiają się kolejne, coraz odważniejsze?
MB: Oczywiście, mam marzenia związane z materiałami, dużymi formatami, statuetkami czy pomnikami w wyjątkowych miejscach. Ale na tę chwilę moje największe marzenie artystyczne jest bardzo proste i prozaiczne: marzę o tym, by móc żyć z tworzenia. By mieć środki na materiały, pracownię i od czasu do czasu na gin z tonikiem. Niedawno musiałam sprzedać moje ulubione buty, żeby kupić narzędzia do pracy, więc może dodam do tego marzenia jeszcze fajne buty. A jeśli to osiągnę, to deklaruję tu i teraz przed każdym czytającym, że resztę wcielę w życie. I że się nie zatrzymam, będę to rozwijać coraz bardziej i coraz dalej.
JP: Twórczość jakich artystów szczególnie Cię inspiruje?
MB: Wymieniając kilku, to Isamu Noguchi, Barbara Hepworth, Hans Arp, Alexander Archipenko. Jeśli chodzi o polskich twórców, to Katarzyna Kobro i wspomniany wcześniej August Zamoyski, no i oczywiście Szkoła Zakopiańska. Z malarzy cenię Rothko i Picassa – interesuje mnie, gdy artyści mają odwagę sięgać po duże formaty, używać mocnych, "dzikich" kresek oraz zatracać się w abstrakcji. Mam też ulubiony obraz "Manao Tupapau", czyli "Duch śmierci patrzy" autorstwa Paula Gauguina. Praca ta zafascynowała mnie szczególnie po przeczytaniu książki "Raj tuż za rogiem" Mario Vargasa Llosy. Autor opisuje tam scenę, która mogła zainspirować malarza do stworzenia właśnie tego dzieła. To przedstawienie głęboko zapadło mi w pamięć – emanuje ono wyjątkowym nastrojem i tajemniczością. Naga Tahitanka leżąca na łóżku, w ciemnym, fioletowym pokoju, obserwowana przez ducha śmierci, tworzy wizję, w której przenikają się dwa światy. Zastanawiam się, jak silny może być przekaz takiego obrazu. Często dodaję własne interpretacje: czy taki duch zachowuje ludzkie cechy, które miał za życia? Czy jest ukrytym obserwatorem kobiety, tak jakby nadal był częścią świata żywych?
Zapraszamy do naszej siedziby przy ul. Pięknej 1A w Warszawie, gdzie od 5 do 19 września można będzie obejrzeć prace artystki. Do zobaczenia!