Malarz, muzyk, marzyciel

Poznaj artystę

Malarz, muzyk, marzyciel

Życie osobiste Alfreda Lenicy było równie barwne jak jego prace. Można powiedzieć, że jest to gotowy scenariusz na film. Film pełen zwrotów akcji i wprost komicznych sytuacji. O Lenicy, przez bliskich zwanym pieszczotliwie Fredziem lub dziadkiem, można powiedzieć że pierwszą połowę życia spędził grając na skrzypcach w operze i knajpach, a drugą malując wśród dzieci i wnuków. Artysta łączył dwie pasje: muzykę i malarstwo. Był przy tym niepoprawnym idealistą i marzycielem. Wedle słów Tadeusza Konwickiego, który był zięciem Lenicy: "dziadek wieczny awangardzista, dziadek naiwny postępowiec, dziadek boży człowiek".

Alfred Lenica w swojej pracowni, Źródło: Wikimedia commons

Lenica pochodził z rodziny robotniczej. Matka była bezrobotna, ojciec zaś od ósmego roku życia ciężko pracował w fabryce. Po pracy ojciec dużo pił i robił awantury. Kiedy bywał trzeźwy, rysował zwierzątka małemu Fredziowi. W ten sposób zaszczepił u chłopca miłość do sztuki. Niestety te spokojne chwile wypełnione rysunkami należały do rzadkości. Choroba alkoholowa ojca postępowała, w pewnym momencie było tak źle, że mężczyzna trafił do szpitala psychiatrycznego. Lenica wspominał, że ojciec i pokazywał mu rysunki innych wariatów. Tymi wariatami byli zapewne znani malarze. Alfred miał zaledwie dziesięć lat kiedy zmarł jego ojciec. Kilka lat po śmierci ojca, umarła też jedyna siostra Alfreda - Łucja. Pomimo bardzo skromnych warunków życia, dzięki ogromnej miłości matki i własnemu samozaparciu Lenica zdołał nauczyć się profesjonalnie grać na skrzypcach. To pomogło mu zarabiać pierwsze pieniądze. Grywał między innymi na weselach.

 

O Alfredzie Lenicy można powiedzieć, że miał "więcej szczęścia niż rozumu". Los często mu sprzyjał. Pewnego dnia, w sklepie "Artykuły męskie" poznał Janinę Kubowicz, której ojciec Piotr był malarzem. Lenica tym samym wygrał "los na loterii". Szybko ożenił się z piękną i mądrą dziewczyną zapoznaną w sklepie. Zyskał tym samym wspaniałą towarzyszkę życia i nauczyciela, bowiem jego teść udzielał mu lekcji malarstwa.


Pani Janina miała wobec Fredzia anielską cierpliwość. Słynął on z tego, że dla niego liczyła się tylko jego twórczość. W rodzinie Leniców opowiadano wiele anegdot, które dobitnie pokazywały odmienny sposób podchodzenia do życia przez Lenicę i jego żonę. Jedna z historii dotyczy przesiedlenia ich rodziny z Poznania. Ponoć pewnego dnia przyszli Niemcy, krzyczeli i grozili, kazali się wynosić. Fredzio spakował parę blejtramów, pudełko z farbami, wyszedł przed dom i grzecznie wsiadł do podstawionego autobusu. Siedział i czekał, zamyślony. Po chwili otworzyło się okno, głowę wychyliła żona malarza i zdenerwowana krzyczała:  
- Fredek! A dzieci, a rzeczy, a toboły?
 - Aaa, zapomniałem – odpowiedzieć miał zadumany Lenica.

Z Poznania Lenicowie trafili do Mielca. Żona malarza musiała sprzedać swoje futro by rodzina miała pieniądze na wynajem mieszkania. W owym czasie państwo Lenicowie mieli już dwoje dzieci: Danutę i Jana. W domu było bardzo biednie. Później przenieśli się do Krakowa. Alfred dostał pracę jako muzykant w restauracji. Tam znów los się do niego uśmiechnął. Grając "do kotleta", poznał bowiem Jerzego Kujawskiego, który też tam grywał i był malarzem amatorem. Połączyła ich zatem praca i wspólne pasje. Kujawski był wielkim zwolennikiem malarskich nowinek i z chęcią prezentował je Alfredowi. To on otwierał mu oczy na sztukę. A co najważniejsze, poznał go w Krakowie z młodymi twórcami awangardy – między innymi z Tadeuszem Kantorem i Marią Jaremą.


Spotkanie z tymi wybitnymi przedstawicielami sztuki miało decydujący wpływ na życie Lenicy. Gdy skończyła się wojna, był dojrzałym, ponad czterdziestoletnim mężczyzną, znakomitym muzykiem i nadal niespełnionym malarzem. Wtedy właśnie, pod wpływem przesiąknięcia krakowską awangardą, postanowił poświęcić całość swojej uwagi malarskiej pasji. Po wojnie natychmiast wrócił do Poznania. Zaś jego przyjaciel Jerzy Kujawski po wojnie zamieszkał w Paryżu. Nawiązał kontakty z paryską awangardą a przede wszystkim André Bretonem. 

Lenica też nie tracił czasu, aktywnie działał w grupie 4F+R, która łączyła zdobycze światowej awangardy ze społecznymi zadaniami sztuki, dużo malował i eksperymentował. Zaczął także stosować swoje autorskie techniki malarskie - wylewał farbę na płótno (metoda ta przypominała działania Jacksona Pollocka, ale nie była identyczna). Mniej więcej w tym samym czasie wyszła na jaw natura "naiwnego postępowca". Lenica zaangażował się w działalność Komunistycznej Partii Polski. Już wcześniej interesowała go tematyka proletariatu (przecież sam pochodził z klasy robotniczej). W tym czasie namalował kilka obrazów przedstawiających życie niższych warstw. Namalował wówczas takie obrazy, jak "Młody Bierut wśród robotników", "Przyjęcie do partii", "Czerwony plakat". Na własny użytek próbował też łączyć eksperymenty formalne z ideowo zaangażowaną tematyką, jak w pracy "Tracimy dniówki" z 1953 roku. Jednocześnie, w tym samym czasie przyjmował u siebie w domu konspiratorów, przechowywał bibułę, dawał schronienie osobom wypuszczonym z więzienia. Nie da się ukryć, że igrał z ogniem.


W końcu zrezygnował z aktywnej działalności po tym, jak jego syn Janek zabrał bibułę do szkoły i pokazał nauczycielce. Znów Lenica miał szczęście, bowiem sprawa została załagodzona, a jakiekolwiek związki Fredzia z komunizmem przerwane do czasu, gdy w Polsce zapanował socrealizm. Inną ciekawostką na temat artysty jest fakt, że Lenica był legendarnie złym kierowcą. Już pierwsza przejażdżka nowiutkim autem zakończyła się kraksą.


Automobilowych przygód miał więcej. Zięć malarza oskarżał go żartem o to, że mu żona wcześnie posiwiała przez koszmarną jazdę Lenicy. Wszystko dlatego, że z Genewy do Warszawy przejechał Fredzio, całą trasę autem na pierwszym biegu! Lenica był pod tym względem niereformowalny. Na nic zdały się prośby i groźby córki. Dopiero w Polsce udało jej się silą zmusić ojca do wrzucenia dwójki.

Choć wyprawy samochodowe nie szły Lenicy najlepiej, to przynajmniej jego życie artystyczne, dosłownie nabierało kolorów. Artysta stał się rozchwytywany. I mógł się poszczycić wieloma, prestiżowymi wystawami. Jego płótna wypełnione były wibrującymi, dynamicznymi formami, które charakteryzowały się witalnością i bujnością. Malarstwo Lenicy nazywano często biologicznym, świat przedstawiany na nim kojarzył się bowiem poprzez swój witalizm z ruchliwą, ożywioną materią uchwyconą w trakcie jakiegoś tajemniczego przeistaczania się.

 

Podczas licznych wernisaży w Europie i Ameryce artysta poznał osobiście wielu sławnych malarzy. Znów dopisało mu szczęście. W czasach gdy statystyczny Polak marzył o wyprawie do Giżycka a wyprawa do Czechosłowacji była nie lada "egzotyką", to Lenica w 1972 roku spędził kilka miesięcy w Chile! Na dodatek jego przewodnikiem po tym kraju był Roberto Matta - światowej sławy malarz surrealista. 

 

Alfred Lenica nie był postacią jednoznaczną, jego życie obfitowało w zwroty akcji. Dobrze, że poglądy dotyczące sztuki miał proste. W jednym z wywiadów tłumaczył: "Malarstwo typu ładnego jest złe. Malarstwo ciekawe jest dobre". Nic dziwnego, że Konwicki nazywał go "motylkiem, miłym, co zabawia się bez odpowiedzialności ze sztuką pod naszym wyrozumiałym okiem". Jednak po wystawie w Zachęcie w 1974 roku Konwicki zmienił zdanie. Napisał, że chyli głowę przed człowiekiem, którego życie wybuchło na koniec jak wulkan feerią barw, blasków i gwiazd. Takie właśnie było malarstwo Alfreda Lenicy z tamtego okresu. Starszy pan zmarł trzy lata po tym pamiętnym wernisażu, którym tak bardzo zachwycił zięcia.