Grafika na ścianie, książce i w tece

22 czerwca 2022

Grafika na ścianie, książce i w tece

W 1936 roku Tadeusz Cieślewski-syn opublikował swoją najważniejszą książkę zatytułowaną "Drzeworyt w książce, tece i na ścianie". Była to publikacje o tyle ważna, że przywoływała dawną tradycję kolekcjonowania prac graficznych, które bardzo rzadko trafiały na ścianę, a częściej można było je znaleźć w tece lub albumie. Cieślewski w swojej książce podkreślał pierwotną rolę kolekcjonerstwa grafiki, która miała służyć jako rodzaj pamiątki z odwiedzonego miejsca, czy też miała stanowić dowód zażyłych relacji z bliską sercu, choć odległą w sensie geograficznym osobą.

W Europie od XVI do XIX wieku szczególnie popularne były tak zwane alba amicorum, czyli inaczej sztambuchy. Słowo album pochodzi od alb, na których w starożytnym Rzymie zapisywano sprawozdania z codziennych wydarzeń. Natomiast albusem określano białą ścianę lub tablicę (łac. albus – biały), na której czarnymi lub czerwonymi literami zapisywano publiczne ogłoszenia. Niewielkich rozmiarów - choć czasem pokaźnej objętości – alba amicorum od początku XVI wieku zabierane były przez młodych studentów w podróże po Europie. Po ukończeniu studiów przyjaciele zamieszczali wpisy w formie życzeń szczęśliwej podróży czy też ponownego spotkania. Przed upowszechnieniem się w Europie kolei żelaznych, koniec nauki oznaczał często rozłąkę na wiele lat, a czasem i na zawsze. Z tego powodu wpis miał być wykonany w bardzo staranny i nieraz rozbudowany graficznie sposób. Często też proszono o wpisanie się znane osobistości z otoczenia studenta takie jak profesorów czy też przedstawicieli duchowieństwa, a ich podpis miał stanowić rodzaj listu polecającego. Wpisy w sztambuchach bardzo często opatrzone były niewielką ilustracją, czy też właśnie odbitką graficzną. Rozpowszechnienie zwyczaju posiadania alba amicorum było jednym z głównych katalizatorów mających wpływ na popularyzację kolekcjonerstwa grafiki w  Europie. Z chwilą wzrostu zapotrzebowania na grafikę, odbitki przestały pełnić jedynie utylitarną funkcję przedmiotów dokumentujących rzeczywistość (mapy, druki, ilustracje i reprodukcje znanych dzieł), nie stanowiły również już obiektów dostępnych jedynie jednostkom najwyżej postawionym w społeczeństwie.

Albumy były często początkami kolekcji i z tego też względu przez lata grafikę można było znaleźć częściej w księgach i tekach, niż na ścianach. Teki graficzne bardzo często służyły też jako przenośne wystawy, które można było zabierać w podróż i prezentować w instytucjach, czy wręcz chwalić się nimi w gronie znajomych. Studia nad zawartościami tek graficznych często były też formą rozrywki wyższych lotów, a zagłębianie się w historię każdego arkusza pozwalało nieraz konstruować niezwykle ciekawe narracje i anegdoty i dzielić się swoimi spostrzeżeniami z towarzystwem. Takim przykładem sztuki podróżującej jest właśnie Teka grafiki polskiej, która przemierzała Europę jako wystawa objazdowa. Teka zawiera 124 niewielkich rozmiarów odbitki wykonane przez absolutną czołówkę artystów znad Wisły i w zasadzie stanowi przekrój dokonań polskich artystów na polu grafiki przełomu lat 70. i 80. Jest to tak naprawdę miniaturowe muzeum grafiki, czy też przenośny gabinet rycin, w którym odnajdziemy bardzo rzadkie prace Stanisława Fijałkowskiego czy też Jerzego Grabowskiego. Dużą gratką jest też komplet prac Mieczysława Majewskiego czy klasyczne, wielkoformatowe gaufrage Antoniego Starczewskiego pomniejszone do rozmiarów zaledwie kilku centymetrów.