Maria Anto. Zapiski wyobraźni

5 minut z...

Grafik-malarz-celebryta

"Jeden zmysł, jeden kolor, jedno dzieło: moje przedsięwzięcie jest najbardziej minimalistyczne z minimalnych, ale chodzi w nim o życie, o jego ucieleśnienie, o jego oddanie sztuce maksymalnej: nieodwracalny ślad jednego istnienia. Nigdy ten sam obraz, nigdy ta sama fotografia, zawsze inność – życie się dokonuje, świadomość się pogłębia. Świadomość życia jest emocją absolutną, dzieło jest emocją tego absolutu."

Roman Opałka (Bożena Kowalska, Roman Opałka, Kraków, 1996, s.79)

 

Świat artystyczny pełen jest wyjątkowych osobistości. Każdy artysta, to na swój sposób indiwiduum, jednostka wyróżniająca się ponadprzeciętną umiejętnością obserwacji i opisu rzeczywistości. W tej chmarze artystów bardzo niewielu osiąga status celebryty, a jeszcze mniejsza grupa jest zdolna przemienić swoje życie w swoiste dzieło sztuki. Takim wyjątkiem na tle wyjątków był właśnie Roman Opałka, artysta, który w pełni uosabiał maksymę: sztuka staje się życiem, a życie sztuką.

Roman Opałka, "Detal 4379851" oraz "Detal 5439115" z cyklu "Opałka 1965/1 - ∞", (zestaw dwóch fotografii), lata 90/2000

Artysta bardzo świadomie zarządzał swoją karierą malarską. O skali tego przedsięwzięcia świadczy chyba najlepiej to, że Opałka jest prawdopodobnie jedynym artystą, który sprzedał ostatnie dzieło swojego życia, zanim jeszcze ono powstało. Artysta znany jest na świecie jako "malarz czasu", a to za sprawą swoich "obrazów liczonym". Proces progresywnego liczenia Opałka zapoczątkował w 1965 roku, kiedy to artysta poświęcił swoje życie tworzeniu wyłącznie "obrazów liczonych", a także cykli rysunków, znanych jako "Detale" i "Kartki z podróży". Zarówno płótna, jak i arkusze papieru Opałka wypełniał linearnym zapisem kolejno następujących po sobie liczb. Zapis przemijającego czasu odbywał się na szarym tle przy pomocy białego pigmentu, a każde kolejne płótno było o 1% jaśniejsze od poprzedniego. Ostatni obraz, który finalnie nigdy nie powstał, miał zostać pokryty białym zapisem na białym tle. Płótnom towarzyszył również zapis głosu Opałki zarejestrowany na taśmie magnetofonowej, który wypowiadał w bardzo hieratyczny sposób kolejne liczby odczytywane z obrazów. Do płócien i kart papieru, Opałka później zaczął dołączać również fotografie dokumentujące proces starzenia się swojej twarzy. 

 

Ostatni obraz liczony, nad którym pracował artysta, został zakupiony pod koniec lat 80. przez austriackiego kolekcjonera Gerharda Lenza. Praca ta zaczynała się od liczby 5603153, a Opałka zdążył pokryć liczbami jedynie jedną trzecią powierzchni płótna. Proces malowania dzieła zarejestrowała telewizja francuska. Zgodnie z umową niedokończony obraz razem z poprzedzającym go płótnem z tej samej serii trafił do Gerharda Lenza wraz z całą instalacją: sztalugami, pędzlem, mikrofonami oraz dwoma magnetofonami. Opałka miał w zwyczaju w momencie ukończenia jednego płótna natychmiast zaczynać kolejne, malując na nowym obrazie liczbę następującą po ostatniej namalowanej na płótnie poprzednim. Z tego względu Lenz otrzymał nie jedno, a w zasadzie dwa płótna: ostatnie i przedostatnie. Stało się to jednak dopiero po śmierci Opałki w sierpniu 2011 roku. Suma za całość, choć nieznana, pozwoliła Opałce na dalsze spokojne i komfortowe życie. 

Co ciekawe, pierwszy "liczony" obraz (będący zapisem liczb od 1 do 35327) przed kilkoma dekady kupiło do swoich zbiorów łódzkie Muzeum Sztuki za równowartość 50 dolarów. Łącznie powstały 233 "obrazy liczone" a ich sukces dalece przerósł oczekiwania samego twórcy. Skala zainteresowania za życia była całkowicie wyjątkowa i właściwa jedynie artystom, którzy mienią się statusem celebryty. Wystarczy wspomnieć fakt, że inny wielki artysta, Vincent Van Gogh sprzedał tylko jeden obraz w całym swoim życiu i to zaledwie kilka miesięcy przed swoją śmiercią, kiedy to jego "Czerwoną winnicę" z 1888 roku kupiła malarka Anna Boch za jedyne 400 franków (obecnie około 1000 dolarów amerykańskich).

 

Na czym polega więc fenomen "liczonych"? Artystów wykorzystujących układy cyfr jest przecież na pęczki. W jednym z wywiadów Opałka sam próbował nakreślić wyjątkowość zjawiska liczonych:

"Nie ja pierwszy zacząłem korzystać z liczb, cyfr. Przede mną był Robert Rauschenberg, był Jasper Jones. Używali w swojej twórczości cyfr czy liczb. Także Mario Merz, Hanne Darboven, On Kawara. Ci artyści znani byli z tego typu działań. Z tym, że moja koncepcja, moja idea na całe życie, była ideą robienia tylko jednej rzeczy. I w tym tkwi podstawowa różnica w odniesieniu do wymienionych artystów. Zależało mi, chciałem pokazać trwanie tylko jednego życia – nie za pomocą słów, lecz liczb. Stworzenie pamiętnika, który jest pamiętnikiem z jednej strony bardzo intymnym, bo się zagłębia w jakieś emocje, które towarzyszą tej realizacji już przez 23 lata, a z drugiej strony nic o sobie, w gruncie rzeczy, przynajmniej w tych Detalach, stanowiących element jednej całości, nie opowiadam. Nie mówię o swoich snach, przygodach czy poglądach i reakcjach na wydarzenia zewnętrzne, na to, co się dzieje na świecie, który mnie interesuje."

- Krzysztof Stanisławski, Z Romanem Opałką rozmawia Krzysztof Stanisławski [w:] Roman Opałka. Pierwsze 3 Dekady Twórczości: W 50-lecie zainicjowania projektu Opałka 1965 / 1 - ∞, Galeria Miejska we Wrocławiu, [red.] Marta Kaczmarek, Wrocław, 2015, s.16.

Opałka, stopniowo, zamieniał swoje życie w swego rodzaju długofalowy performance, zamieniając je w dzieło sztuki. Droga do takiego wielkiego sukcesu za życia nie była jednak prosta. Zanim został jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów współczesnych musiał przejść szereg trudnych życiowych etapów. W 1946 roku po przyjeździe do Polski z Francji, gdzie się urodził i wychował 15-letni Roman kształcił się w dziedzinie litografii i grafiki w Wałbrzychu. Studia wyższe odbywał w latach 1949-1950 w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych u Władysława Strzemińskiego, a następnie w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Do roku 1958 sam artysta poświęcał się malarstwu i rysunkowi realistycznemu. Później skierował się na drogę malarstwa bardziej awangardowego, eksplorując potencjał malarstwo materii. Był to wstęp do późniejszych, bardziej konceptualnych praktyk malarskich, gdyż jego kompozycje z tego okresu dominowały monochromatyczne, bardzo minimalistyczne płaszczyzny. W tym samym czasie Opałka tworzył też abstrakcyjne rysunki mające charakter studiów kolorystycznych. Wówczas Opałka zaczął eksperymentować z kolorem i badać właściwości rozbielanych barw. Praktyki te były już w zasadzie preludium do tworzenia "liczonych". Jak wspominał sam Opałka:

"Kolor szarości to czerń i biel. Wyraża jedność ruchu wszystkich kolorów. Wyklucza dualizm – manifestuje jedność. Jednakże kolor szary jest neutralny, wypełnia go emocja mojego życia. Na tym szarym tle maluję moje istnienie. Na wielkich biegunach czerni i bieli realizuję sfumato jednej egzystencji – kolor staje się śmiertelnie emocjonalny."

Bożena Kowalska, Roman Opałka, Kraków, 1996, s.79.

Karierę międzynarodową Opałki nabrała rozpędu w latach 60., jednak nie za sprawą malarstwa, a raczej grafiki. Opałka nagradzany był na wielu konkursach graficznych, a najwyżej oceniano jego prace graficzne z cyklu "Opisanie świata", za które w 1968 roku otrzymał Grand Prix na 7. Międzynarodowym Biennale Grafiki w Bradford, a następnie Grand Prix na 3. Międzynarodowym Biennale Grafiki w Krakowie w 1969. Prawdziwy przełom w jego twórczości nastąpił dopiero 1972 roku, kiedy Opałka miał 41 lat. Podczas wystawy w londyńskiej William Weston Gallery, zerwał jednak zdecydowanie z dotychczasową twórczością: demonstracyjnie rozłożył ryciny na podłodze, a na ścianie zawiesił – jako jedyne ważne dzieło – jeden z "Obrazów liczonych". Ten gest rozpoczął jego dalszą drogę, trwającą do końca życia. Od tego momentu artysta zaczyna coraz wyraźniej odciąć się od swojej realistycznej przeszłości i życia grafiki, a coraz śmielej dążyć w stronę konceptualizmu. Początkowy czas, związany z malarstwem realistycznym będzie wspominał niechętnie, a prace z tamtych lat artysta zniszczy w 1986 roku, kiedy nie będzie mógł ich zabrać za granicę. 

 

Opałka aż do połowy lat 60. pracował nad aspektami technicznymi swoich prac i starał się wypracować uniwersalną koncepcję artystyczną, która mogłaby obejmować całe jego życie. Od 1965 roku artysta rozpoczyna wielkie odliczanie, a sam artysta nazwał ten projekt: "Moją Eureką była świadomość, że po raz pierwszy artysta może zdefiniować, określić skończoność obrazu poprzez śmierć" (Opałka Indeks. Rozmowy z Romanem Opałką w Bazérac, Joanna i Paweł Sosnowscy, Warszawa 2016, s. 38). Opałka oddał się całkowicie liczeniu, co spotykało się zarówno z krytyką, jak i szeregiem zaszczytów. Malarza uhonorowano między innymi Nagrodą Krytyki Artystycznej im. C. K. Norwida (1970). Brał też udział między innymi w Biennale w São Paulo (1969 i 1977), Documenta w Kassel (1977), reprezentował Polskę podczas Biennale w Wenecji (1995).