Sztuka Współczesna. Surrealizm i Metafora (wyniki)
28 listopada 2019 godz. 20:00

Cena wylicytowana: 420 000 zł
Numer obiektu na aukcji
203

Cena wylicytowana: 420 000 zł

olej/płótno, 50 x 70 cm
sygnowany i datowany p.d.: '1967 E. Rosenstein'
sygnowany, datowany i opisany na odwrociu: ‘DON KICHOT MROZU E. Rosenstein |
olejny 50 x 70 | 1967 | [adres artystki]’
ID: 67323
Podatki i opłaty
- Do kwoty wylicytowanej doliczana jest opłata aukcyjna. Stanowi ona część końcowej ceny obiektu i wynosi 18%.
- Do kwoty wylicytowanej doliczona zostanie opłata z tytułu "droit de suite". Dla ceny wylicytowanej o równowartości do 50 000 EUR stawka opłaty wynosi 5%. Opłata ustalana jest przy zastosowaniu średniego kursu euro ogłoszonego przez NBP w dniu poprzedzającym dzień aukcji.
Pochodzenie
  • dar bezpośrednio od artystki, przed 1968
  • kolekcja prywatna, Szwecja
  • kolekcja prywatna, Polska
Więcej informacji
Świat w nieustającym cyklu kreowania i zamierania, przemiana, procesy organiczne, cielesność, różnobarwne formy, przenikające się wzajemnie kształty przypominające komórki to charakterystyczny repertuar środków obecnych w malarstwie artystki od drugiej połowy lat 60. W twórczość Rosenstein odzwierciedla się jej biografia – doświadczenie tragedii wojny, śmierć najbliższych i wola przetrwania w czasie gdy przez lata okupacji ukrywała się pod kolejnymi, fałszywymi tożsamościami. Życie i śmierć, zagłada i ocalenie: „Gdy maluję, mam wrażenie, że uwidaczniam to, co i tak płynie w powietrzu” – mówiła. Interesowały ją kształty mikrobiologiczne, skondensowane – na obrazach pojawiały się gęsto stłoczone kreski, wyraźnie widoczna jest fascynacja Rosenstein postulowanym przez formację surrealistów rysunkiem automatycznym – „Surrealizm to czysty automatyzm psychiczny, który ma służyć do wyrażenia bądź w słowie, bądź w piśmie, bądź innym sposobem, rzeczywistego funkcjonowania myśli. Dyktowanie myśli wolne od wszelkiej kontroli umysłu, poza wszelkimi względami estetycznymi czy moralnymi” – pisał André Breton. „Mam uczucie, że jakieś rzeczy ze świata przepływają przeze mnie, a ja je tylko urealniam” – tłumaczyła sama Rosenstein przed laty. „Malarstwo przychodzi ze świata, z moich przetworzonych wspomnień, ale też z tego, jaki jest w tej chwili zapach powietrza, powiew liści, ruch uliczny. Wszystko przepływa przeze mnie i coś wywołuje. Mogą tu nawet działać jakieś dalekie echa, sprawy astralne. Nie wiem. Jestem tylko narzędziem przekazującym w sposób właściwy mnie samej. Takim samym jak tusz, piórko, farba olejna, temperowa czy inna”. W obrazach artystki nie brak też wyraźnych odniesień do rzeczywistości, w przypadku prezentowanej pracy – literatury Cervantesa, w innych jej kompozycjach odnajdziemy nawiązania do poezji Rilkego czy Baudelaire’a („Kwiaty Piekła”, około 1968). Obrazy z drugiej połowy lat 60. stoją w opozycji do wybujałych kolorystycznie i fakturowo informelowych kompozycji z lat wcześniejszych, jej malarstwo płynnie przechodziło od ekspresyjnego gestu malarskiego do rysunku, od rysunku do obiektu. Często łączyła różne techniki, nakładając kolejne warstwy, poddając je działaniu czasu, doklejając i domalowując kolejne elementy i traktując często jako podłoże do snucia dalszych opowieści. Erna Rosenstein już jako młoda artystka związała się z Grupą Krakowską – kręgiem artystów o lewicowych poglądach zafascynowanych nowoczesną sztuką. Po dwóch latach studiowania w Wiedniu, w 1934, wróciła, żeby kontynuować edukację na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Tam zaczęło się od skandalu – wystawy prac studentów, na której pokazano grafiki i rysunki o lewicowej, rewolucyjnej tematyce. Autorami byli m.in. Wiciński, Lewicki, Stern. Rektor wezwał policję, studentów wyrzucono z uczelni – tak powstawała pierwsza Grupa Krakowska. Erna pasowała do tego towarzystwa – w wywiadach mówiła: „Dlaczego idee komunizmu? To był postęp, lepszy świat. Każdy chce lepszego świata. Więc chcieliśmy budować komunizm w Polsce. Wierzyłam, że jak wszyscy będziemy mieli w sobie energię, konsekwencję, to cel osiągniemy. (…) Czuliśmy, że to, co robimy, jest ważne. Przede wszystkim malarstwo. Ale i spektakle, które robił Józef Jarema. (…) To było pragnienie nowatorstwa, zobaczenia i pokazania świata w nowy, rewolucyjny sposób. Ale chodziło nam też o to, żeby coś zmienić… Czuliśmy, że to musi być jakaś rewolucyjna postawa w sztuce. Że trzeba malować inaczej, niż uczy ta oficjalna szkoła. Że sztuka musi być inna. Tworzyliśmy nowatorskie przedsięwzięcia”. W czasie gdy działał pierwszy teatr Cricot, Erna malowała. Dziś dokładnie nie wiadomo co – wszystkie prace z tamtego okresu zaginęły podczas wojny. Po wojnie artystka znalazła się w Warszawie, nie czuła jednak tej swobody twórczej właściwiej środowisku krakowskiemu. U władz komunistycznych szybko znalazła się na cenzurowanym – stanowczo odrzuciła doktrynę socrealistyczną: „Dla mnie było ważne, żeby malować tak, jak ja chcę, jak czuję. Socrealizm to był dziecinny sposób komunikowania. To tak, jakby głupcom pokazywać na obrazkach, co mają robić. Ilustratorskie pokazywanie – wszyscy uważaliśmy, że to jest niepoważne i obraźliwe dla odbiorcy. To wyglądało tak, jakby celowo odwoływano się do najniższego poziomu mas robotniczych, liczono na brak wykształcenia u odbiorcy. Niestety, pod koniec roku 1949 przeniosłam się z Krakowa do Warszawy. Trafiłam w najgorszy okres. Właśnie wtedy była wystawa twórczości socrealistycznej... A ja nie miałam ‘odpowiedniego’ obrazu. Potem były dyskusje, kto nie dał. Cała sala mówiła przeciwko mnie. Oni byli wszyscy tak zdominowani i poddani rygorystycznemu myśleniu... A może się bali? Potem była propozycja, żebym dostała naganę partyjną z poleceniem samokrytyki. Więc wstałam i tłumaczyłam, dlaczego nie dałam, że mam inne przekonania, jeśli chodzi o sprawy artystyczne. Ale na nic. Cała sala głosowała przeciwko mnie. To było piekło” (Pudełko też chce być ważne, Erna Rosenstein w rozmowie z Robertem Walenciakiem, dostępny na: http://wyborcza.pl/1,76842,4826854.html). Niemożność wystawiania swoich obrazów zmusiła artystkę do podejmowania innych prac zarobkowych. Powrót do nieskrępowanej twórczości nastąpił w połowie lat 50. wraz z reaktywacją Grupy Krakowskiej: „Malowałam po swojemu a jednocześnie uprawiałam ceramikę. Dla zarobku wykonywałam także okazjonalnie różne ‘wcierki’ (np. portrety niesione w pochodach). (…) Tak nadszedł rok 1955. Zorganizowano wtedy wystawę malarstwa dziewięciu artystów, których obrazy nie były przez ponad pięć lat wystawiane. Nie dlatego rzecz jasna, że twórcy ci nie chcieli swych dzieł pokazywać. To byłby nonsens. Każdy artysta chce swe prace wystawiać. Tylko w ten sposób jego dzieło żyje. Po prostu nie chciano przyjmować ich dzieł na wystawy. Byli to: Maria Jarema, Jonasz Stern, Jadwiga Maziarska, Tadeusz Kantor, Tadeusz Brzozowski, Kazimierz Mikulski, Jerzy Nowosielski i Jerzy Skarżyński. Tych dziewięciu to inicjatorzy formalnego utworzenia powojennej Grupy Krakowskiej, do której w myśl statutu szybko zebrano odpowiednią ilość tzw. członków organizatorów. Otrzymaliśmy piwnicę Krzysztofory. Tam zaczęły się odbywać ciekawe spotkania i wystawy. Również tam rozpoczął działalność Tadeusz Kantor, skupiając wokół siebie artystów, z którymi stworzył nową wersję przedwojennego teatru, nazywając go Cricot 2. Był to pełny renesans Grupy Krakowskiej. Powrót do swobody twórczej”.