Codzienność w czterech ścianach

Codzienność w czterech ścianach

Magdalena Krajenta

 

Codzienność. Niepozorna, z pozoru banalna, a przecież wszechobecna. Jej puls bije cicho – pod dźwiękiem rozmów, w zapachu jedzenia, w cieniu rzuconym przez poręcz krzesła, w mimowolnym geście dłoni, w cieniu na twarzy. To z niej utkane są dni i noce – tkanka krucha, ale wytrwała, splatająca istnienie z nicością. W niej właśnie – pomiędzy oddechem a spojrzeniem – zakorzeniona jest twórczość Ewy Kuryluk.

 

Artystka nie tylko portretuje codzienność – ona ją czyta, przepisuje i obrysowuje, odsłaniając jej ledwo uchwytne napięcia. Jej obrazy są próbą zatrzymania ulotności, uchwycenia świata nie tyle takim, jakim jest, ale jakim się staje, gdy spojrzymy nań z perspektywy czułej uważności. Kuryluk pozostaje artystką skupioną, zdyscyplinowaną, z uwagą skierowaną na detal i strukturę. Jej działania nie są przypadkowe – to świadome, konsekwentne budowanie języka sztuki, w którym każda forma, każda decyzja, każdy kadr niesie znaczenie.

Stuttgart, 1978, fot. Ewa Kuryluk, archiwum artystki

Fotorealistyczne prace Kuryluk z lat 70. – zakorzenione w estetyce dokumentalnej, a jednocześnie wykraczające poza czysty zapis – są jak notatki ze świata zewnętrznego: zapisy codziennych scen, które zyskują rangę metafizyki. Oto ciało zamknięte w konturze. Oto ruch zawieszony w czasie. Oto cień, który staje się świadkiem istnienia. Kuryluk nie kopiowała zdjęć – wycinała postaci ze światłocieni jak z tkaniny, obrysowywała je czerwoną nitką, jakby zszywając rzeczywistość z pamięcią, teraźniejszość z dawnym przeżyciem.

 

Reprodukowane w tym materiale zdjęcia powstały w czasie pracy nad instalacją "W czterech ścianach", przygotowywaną jesienią i zimą 1978 roku w Stuttgarcie i zaprezentowaną na początku 1979 w Galerii Na Ścianie Wschodniej. W celu jej realizacji Kuryluk i Helmut wynajęli pustą pracownię – niemal ascetyczną przestrzeń ze zlewem i kuchenką – gdzie przez trzy miesiące artystka przygotowywała instalację, operując oszczędnymi środkami, lecz z wielką intensywnością wizualną i symboliczną.

Sceny domowe, Stuttgart, 1978, fot. Ewa Kuryluk, archiwum artystki

Fotografia, choć ważna, nigdy nie była dla niej celem samym w sobie. Kuryluk zdaje sobie sprawę z niemożliwości uchwycenia własnego "ja" za pomocą aparatu. Zamiast jednej definitywnej reprezentacji proponuje więc setki odsłon – fragmentów, które dopiero razem zbliżają się do pełniejszego obrazu. Używając samowyzwalacza, eliminuje z procesu osobę fotografa i jego intencje wobec modela. Ta nieufność wobec medium fotografii, wobec jego iluzji dostępu do tożsamości, znajduje dalszy ciąg w malarstwie. Autoportrety inspirowane autofotografiami stają się zapisem życia w zmiennym kontekście – świadomą próbą przełożenia egzystencji na język wizualny. Fotografowała już wcześniej, jednak to dopiero po dyplomie i wyjeździe do Cambridge autoportret stał się centralnym motywem jej pracy artystycznej. Codzienność w twórczości Ewy Kuryluk nie jest więc ani przypadkowym tematem, ani neutralnym tłem – jest żywym polem obecności i refleksji. Jej dzieła są autobiograficzne nie dlatego, że "opowiadają" o niej, lecz dlatego, że są nią – przefiltrowaną przez pamięć, ciało, dotyk, podróż, traumę, pytania o tożsamość.

 

Kuryluk nie rozdziela życia i sztuki, tak jak nie sposób oddzielić myśli od oddechu. Wszystko, czego dotyka, staje się częścią jej doświadczenia. I odwrotnie – ona staje się częścią każdej rzeczy, na którą spojrzy. Jej twórczość to sztuka przeobrażania: siebie w obraz, obrazu w pamięć, pamięci w ślad, śladu w codzienność. To nie dokumentacja świata, ale jego transkrypcja – nie w języku rzeczy, lecz w języku ich odbicia.