Wspomnienie
Iwona Kowerska-Ciecierska
Gdy się poznaliśmy, Tomek studiował malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych, a ja architekturę na Politechnice Warszawskiej. Później pracowałam jako asystentka profesora w katedrze projektowania budynków użyteczności publicznej, chyba od 1975 roku do końca lat 80. Potem założyłyśmy z dwiema koleżankami biuro projektowania wnętrz. Gdy poznałam Tomka, doskonale wiedziałam, że da mi absolutną wolność w realizacji moich marzeń i tworzeniu architektury. Nie całkiem temu sprostałam. Może zabrakło mi silnej determinacji? Byli Jaś, Joachim i Tomek. Myślę, że dla mnie ważniejsi.
Dla Tomka malowanie stanowiło całe życie, dzień bez malowania był dniem straconym. Rysowanie nie wystarczyło. Gdziekolwiek jeździliśmy latem, zabieraliśmy mnóstwo moich pism architektonicznych, które Tomek ciął, wyrywał kartki z "Domusa", "Atrium" i z "Hausera", moich ulubionych magazynów, o które dbałam i kupowałam – najpierw tylko w Niemczech, potem już w Warszawie. Te powycinane kartki zamieniały się w kolaże, dochodziły do nich zdjęcia wycinane z "Elle" i innych magazynów, które kupowałam jeszcze podczas studiów.
Gdy wyruszaliśmy do Lamole, w bagażniku auta musiała znaleźć się cała pracownia. Jechały papiery, blejtramy (małe), pędzle, farby, kredki, terpentyna. We Florencji koło mostu Santa Trinitá na rzece Arno jest Tomka ulubiony sklep z farbami i papierami. Tu zawsze kupowaliśmy brakujące materiały. Zdarzało się to bardzo często. Brak materiałów nie był jedynym powodem przyjazdu do Florencji. Tym naprawdę ważnym była sama jazda autem. Uwielbialiśmy ją oboje – te nigdy nienudzące się krajobrazy, ruch, droga przez najpiękniejsze miejsca Chianti. Wiem, że to był prawdziwy powód. We Florencji espresso, czasami lody i spacer via Tornabuoni do Palazzo Strozzi, gdzie odpoczywaliśmy, opierając się o kamienne mury pałacu, patrząc na turystów wchodzących do Prady i Gucciego, które to sklepy są na wprost wejścia. Robiłam zdjęcia i krótkie filmy, Tomek lubił obserwować pięknych eleganckich ludzi, ale to dopiero mogło zdarzyć się jesienią, kiedy wyjeżdżali turyści.
Tomek uwielbiał sklep Benettona, kolorowe ubrania. Ważne były zawsze kolory: zielony, czerwony, niebieski. Często istotny był nawet kolor podszewki pod kurtką, przecież niewidoczny. Czasami pokazywał go komuś, kto zachwycił się właśnie jego czerwoną sztruksową kurtką z Benettona, którą przywiozłam mu z Birmingham wiele lat temu. Lubił koszule w kratę, te amerykańskie. Czasami można było je kupić na targu w Greve. Przekopywaliśmy sterty ubrań w ich poszukiwaniu, ale zdarzały się coraz rzadziej, a ostatnio już ich nie było. To, co było niewidoczne w ubraniach, także było ważne – tak jak obrazy warstwowe, które nigdy nie były oszukiwaniem. Tam naprawdę są piękne krajobrazy. Miał je zawsze pod powiekami. Ważny był dla Tomka horyzont – szeroki, rozległy, otwarty – nie tylko w sztuce, ale to już inna historia.