Ugasić ogień. Damsko-męski węzeł gordyjski w "Knocie" Jana Lebensteina
Zuzanna Pogorzały
"Francisco de Goya, autor 'Kaprysów', opatrzył swe dzieło słynną frazą ‘El sueno de la razon produce monstruos' (‘Gdy rozum śpi, budzą się demony'). Sen rodzi potwory, ale istnieją one także na jawie, o czym przekonywał w ‘Okropnościach wojny'. Lebenstein portretował halucynacyjne podszepty podświadomości, łącząc je ze światem fizycznym – Koledzy ilustrują ‘Boską Komedię' – mawiał. – Ja wolę zwierzęco-ludzką".
Gdyby umieścić postaci z obrazów Jana Lebensteina w uniwersum Hieronima Boscha, okazałoby się, że jedynym miejscem, gdzie miałyby one rację bytu, jest Piekło z "Sądu Ostatecznego". "Knot" stanowi doskonałą egzemplifikację tego spostrzeżenia – zwierzęco-ludzka kreatura, wyjęta rodem z koszmarnego majaku.
Trzy głowy i jedno ciało, splątane – jak gdyby wbrew sobie – groteskowo długimi rękami. Wiele wskazuje na tragizm przedstawionej sytuacji – męska głowa po lewej stronie i kobieca po prawej, odwrócone od siebie, uciekają od wzajemnej interakcji. Dzieli ich tytułowy "knot" – rogaty potwór wyszczerzony w diabelskim uśmiechu, przemocą zbliżający parę ku sobie, być może z intencją rozpalenia między nimi metaforycznego ognia. Ambiwalencję w relacji mężczyzny i kobiety wprowadza nieistotny na pozór szczegół: dłonie, muskające się delikatnie u dołu obezwładniającego uścisku. Dotyk jest zachowawczy i wstydliwy, jak gdyby oboje chcieli go zataić – jakby chcieli, by zdawał się mimowolny. Wyeksponowane krocze kreatury, znajdujące się w zasięgu dłoni, konotuje zabarwienie erotyczne przedstawienia. Anima i Animus, Gaja i Gajusz, mężczyzna i kobieta – dwa żywioły, które nie potrafią żyć ze sobą w zgodzie, w równym stopniu jak nie mogą żyć bez siebie. Lebenstein postanowił połączyć te pierwiastki, by stały się "jednością". Bynajmniej nie chodzi tu jednak o aluzję do biblijnego wersetu: "Dlatego mężczyzna opuści ojca swego i matkę, i połączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem". Bliskość między postaciami zdaje się naznaczona strachem przed zaprószeniem ognia namiętności, który może okazać się trudny do okiełznania.
Scena odarta jest ze wzniosłości oraz uduchowienia. Jej niejednoznaczność prowokuje do zadania pytania o to, jaką rolę odgrywa wynosząca się na centralnej osi głowa potwora. Czy można założyć, że jest to zgubna siła, która każe zdegradować relację damsko-męską do pustego, wyrachowanego popędu? Dychotomię wprowadza ponadto dolna partia obrazu, uwidaczniająca nogi postaci, spośród których obuta jest tylko lewa stopa – odpowiada stronie, po której znajduje się głowa kobieca. Wymiar symboliczny tego motywu pozostaje niejasny, jednak zdaje się, jakoby był to ostatni "bastion" swego rodzaju niedopowiedzenia – zasłonięty fragment ciała chroni przed jego całkowitym obnażeniem.
Prace Lebensteina niepokoją oraz fascynują swoją niejednoznaczną wymową, która łączy kreację mitologiczną z manierystyczną groteską i makabrą Francisca Goi. Zwierzęco-ludzkie kreatury wyłaniające się z umysłu artysty nie znalazły odpowiednika we współczesnej mu sztuce. Lebenstein był indywidualistą, obracającym się chętniej w kręgu literatów niż artystów wizualnych. Tak intensywne obcowanie ze słowem mogło wyostrzyć jego wyobraźnię, pozwalając na przeniesienie na grunt malarstwa wizji sugestywnie realistycznych, a przecież nieprawdopodobnych. Przedstawienia nie noszą w sobie śladów moralizatorstwa, choć koncentrują się na ukazaniu rozdarcia człowieka, który miotany jest przez siły popędu, pierwotnego instynktu, a jednocześnie pragnie zachować człowieczeństwo, rozumiane między innymi jako umiejętność samokontroli.
Choć język wizualny Lebensteina odbiega od bliższych realizmowi prac Goi, to okropieństwa, które wyszły spod pędzla pierwszego artysty, w warstwie wymowy mają wiele cech tożsamych z cyklem rycin "Okropieństwa wojny" hiszpańskiego malarza. Nie dowiemy się, ile w chimerach Lebensteina znajduje się zawoalowanych metafor, odnoszących się do traum przeżytych w czasie drugiej wojny światowej. Zdehumanizowane bestie rodem z "Piekła" Boscha mogą być nie tylko emanacją unikalnego stylu artysty. Jak uporczywa mara powraca w głowie wspomniany już tytuł pracy Goi "Gdy rozum śpi, budzą się demony". Formą autoterapii, oswojenia tych demonów mogło być dla Lebensteina wyciągnięcie ich z pamięci – i puszczenie wolno.