„Nie ma błędów, są udane przypadki”
W rozmowie z Anną Rożniecką, Lukrecja i Ramona Nagabczyńskie wracają wspomnieniami do swojego dziadka, Eugeniusza Markowskiego – wybitnego malarza, ale przede wszystkim barwnej, pełnej życia postaci.
Anna Rożniecka: Bardzo cieszy nas możliwość rozmowy "u źródła", poznanie Eugeniusza Markowskiego w kontekście bardziej osobistym i anegdotycznym. Zacznijmy od tego jak Panie mówiły do Dziadka? Jak zwracała się do niego rodzina, znajomi?
Ramona Nagabczyńska: Kiedy ktoś mówi "Eugeniusz Markowski", muszę przez chwilę zastanowić się, o kogo chodzi (śmiech). W rodzinie i wśród znajomych był znany przede wszystkim jako "Hu", a dla mnie i siostry jako "Dziadek Hu". Ten przydomek został wymyślony przez jednego z jego studentów, kiedy na uczelni Dziadkowi było zimno i wciąż powtarzał "hu, hu, hu" – i tak już zostało.
A.R.: A czy Dziadek miał jeszcze inne charakterystyczne powiedzonka?
R.: Używał na przykład określenia "bałwanka", gdy ktoś zachowywał się niezbyt poważnie.
Lukrecja Nagabczyńska: Mówił też często, że coś jest "nieracjonalne" albo "niemożliwe", ale w dosyć przewrotnym kontekście. Pamiętam, jak opowiadał o sklepie w Paryżu, który nazywał "dla racjonalnych", ponieważ panował tam porządek. Na Saskiej Kępie był sklepik z artykułami codziennego użytku, na który Dziadek mówił "wojskowy"; w rodzinie do tej pory używamy tego określenia.
A.R.: Czyli miał spore poczucie humoru?
L.: Tak, ale nie było to intencjonalne. On był zabawny dla otoczenia, chociaż sam raczej nie zdawał sobie z tego sprawy. Nasza Babcia, jego druga żona, napisała kiedyś kryminał, w którym znalazła się postać wzorowana na dziadku – Sir Archibald Hugh. Ta postać naprawdę doskonale oddawała jego charakter. Wszyscy, którzy czytali książkę, natychmiast go rozpoznawali, ale on sam tego nie widział.
A.R.: A jaki był Eugeniusz Markowski na co dzień?
R.: Bardzo bezpośredni, ale nie w sposób narzucający się. Nie troszczył się o konwenanse, więc czasami jego zachowania mogły być uznawane za nietaktowne – na przykład zdarzało mu się wylizać talerz po kolacji. Dla nas to było jednak po prostu zabawne i urocze. Na pewno był autentyczny – w życiu i w sztuce. Lubił dobrze zjeść, miał zawsze spiżarnię pełną dobrych oliw i serów. Był też niezwykle zdyscyplinowany – codziennie, aż do późnego wieku, wykonywał ćwiczenia gimnastyczne.
A.R.: Jak spędzaliście wspólny czas? Czy Dziadek zabierał Panie do muzeów, na wystawy?
R.: Niekoniecznie. To nie był typ artysty, który wprowadza dzieci w sztukę w sposób dydaktyczny. Nie mówił: "chodźcie, pokażę wam obrazy". Raczej pokazywał nam swój świat – pracownię, mieszkanie pełne książek i pamiątek. Oczywiście zdarzało się, że chodziliśmy na wystawy, ale bardziej pamiętamy małe codzienne rytuały, na przykład wyjścia na ulubione lody.
A.R.: W takim razie pewnie nie opowiadał Paniom za wiele o własnej sztuce?
R.: To prawda, on chyba nie miał takiej potrzeby – na pewno nie był typem romantycznego artysty, nie było w nim patosu. Tworzył "z trzewi". Z drugiej strony my byłyśmy wtedy dziećmi, nastolatkami, nie pytałyśmy go za wiele o jego sztukę – ona była elementem naszej codzienności, czymś naturalnym. Teraz, z perspektywy czasu, oczywiście żałujemy, że nie rozmawialiśmy na ten temat więcej.
L.: Ja w dzieciństwie trochę rysowałam. Dziadek oglądał moje prace, dawał porady. Jedno zdanie utkwiło mi szczególnie w pamięci: "Nie ma błędów, są udane przypadki. Jeśli coś się nie udało, spróbuj stworzyć z tego coś nowego". To była cenna wskazówka dotycząca malarstwa, ale można przełożyć ją również na inne dziedziny życia. Dziadek sam nigdy nie porzucał rozpoczętej pracy. Jeśli coś mu nie pasowało – przerabiał dzieła, zamalowywał albo dodawał do nich nowe elementy.
A.R.: W pracach Eugeniusza Markowskiego pojawiają się inskrypcje, elementy kolażu, pojedyncze litery i cyfry w tytułach. Często te zapiski są nieczytelne, jakby były pisane na szybko, zanim myśl się ulotni. Czy mają Panie jakieś wskazówki do odszyfrowania tych treści?
R.: To często były skrótowe notatki, inicjały bliskich. "R+L" oznaczało Ramonę i Luki, czyli nas. "M" mogło oznaczać Mamę. Wpisywał godziny i daty różnych wydarzeń, na przykład lądowania samolotu, którym leciałyśmy z Mamą. Umieszczał cytaty z książek, czasem dodawał również fragmenty listów od nas – odtwarzał wtedy nasze dziecięce pismo. Na obrazach zapisywał to, co się akurat działo – co czytał, kto był w pracowni. Notował najróżniejsze rzeczy. Te zapiski jednak w większości funkcjonowały autonomicznie, rzadko były związane bezpośrednio z treścią obrazu.
A.R.: Odnajdujemy też sporo notatek pisanych po włosku. Jakimi językami Dziadek władał? I czy dużo czytał?
R.: Tak, czytał bardzo dużo. Klasyków – Dantego, Boccaccia, Goethego. Cenił literaturę zagraniczną: włoską, francuską, niemiecką. Mówił bardzo dobrze po włosku – do końca życia recytował wiersze i piosenki w tym języku. Po angielsku również, ale z silniejszym akcentem.
A.R.: A Jak wyglądała jego pracownia? Czy panował tam artystyczny nieład?
L.: To było miejsce pełne kontrastów – chaos i porządek naraz, zapach farb, kurzu i papieru. Pełno pamiątek z podróży: figurek, masek, rzeźb. Dziadek interesował się sztuką prymitywną i kulturami rdzennymi, z wielką fascynacją opowiadał nam na przykład o Inuitach. Pracownia znajdowała się w jego mieszkaniu w centrum Warszawy. Dla nas była to przestrzeń niezwykle interesująca, magnetyczna. Kochałam przychodzić tam po szkole i po prostu tam przebywać.
A.R.: Czy miał dużą potrzebę tworzenia? Jaki był rytm jego pracy?
L.: Na pewno miał szerokie zainteresowania, które wplatał w swoją sztukę. Powracał jednak do ulubionych motywów, ponieważ wciąż je na nowo odkrywał. To była ciągłość – bez wielkich natchnień i pauz.
A.R.: Eugeniusz Markowski stworzył niezwykle rozpoznawalny słownik motywów. Przymierzał się do nich w rozmaitych mediach, technikach i skali. Wśród nich wyróżniają się prace na folii i gazetach. Skąd taki nietypowy wybór?
R.: Dziadek miał zwyczaj gromadzenia różnych rzeczy. Folie i gazety pojawiły się raczej przypadkiem, a potem weszły do jego praktyki twórczej. Nietypowe podłoża świetnie pasowały do jego malarskiego języka. Nigdy nie dorabiał do tego teorii – po prostu odpowiadało to jego ekspresjonistycznej naturze.
A.R.: A kogo szczególnie cenił?
L.: Najważniejszy był dla niego Picasso – absolutny mistrz, wyznacznik nowoczesności. Kochał renesans, a szerzej – całą sztukę włoską, co wiązało się także z jego długoletnim pobytem we Włoszech. Wspominał z uznaniem Stefana Gierowskiego, pozytywnie wypowiadał się również o Wilhelmie Sasnalu, byliśmy razem na jego wystawie. Nie cenił natomiast sztuki czysto konceptualnej, szukał emocji w dziełach.
A.R.: Czy przyjaźnił się z innymi artystami?
L.: Był raczej artystą osobnym, w Polsce nie przynależał do żadnej grupy. Pamiętamy, że dobrze dogadywał się z Franciszkiem Starowieyskim.
R.: Mama studiowała na ASP w czasie, gdy dziadek wykładał, chociaż nie była w jego pracowni. Ona była bardziej towarzyska, lubiła urządzać przyjęcia, na które przychodzili artyści i znajomi. Częstym gościem w naszym domu był Wiesio Rosocha, przyjaciel rodziny.
A.R.: Pod koniec życia Dziadek mieszkał z Paniami oraz Mamą w jednym domu. Czy zaobserwowały Panie może moment, kiedy przestał tworzyć?
L.: Tak, zamieszkaliśmy razem na Saskiej Kępie. Mama sprzedała swoje mieszkanie i mieszkanie Dziadka, a potem kupiła dom z osobnymi kondygnacjami, żeby Dziadek mógł zachować niezależność, a jednocześnie mieć opiekę.
R.: W latach 90. jeszcze malował, choć coraz mniej. Po 2000 roku zdarzało mu się coś przerabiać czy retuszować, ale było widać spadek formy – choroba Alzheimera coraz bardziej mu doskwierała. Umownie można powiedzieć, że aktywny okres skończył się pod koniec lat 90.
A.R.: Kiedy uświadomiły sobie Panie, że Dziadek był cenionym i rozpoznawalnym artystą?
R.: W dzieciństwie jego sztuka wydawała nam się dziwna, trudna, a czasem wręcz wstydliwa. Pamiętam, że mówiłyśmy na jego obrazy "pajace" i niektóre wydawały nam się nieprzyzwoite, ale już w nastoletnim wieku zaczęłyśmy świadomie doceniać jego twórczość.
L.: Dla nas, jako dzieci, oczywiste było, że Dziadek jest artystą – traktowałyśmy to jako coś naturalnego. Dopiero z czasem, wraz z dorastaniem i nabieraniem dystansu, zaczęłyśmy w pełni rozumieć wagę jego dorobku i doceniać to, że na co dzień obcowałyśmy z kimś naprawdę wyjątkowym.