Nad wodą wielką i czystą… Twórczość Tadeusza Brzozowskiego nad jeziorem Tahoe
Anna Żakiewicz
Na przełomie lat 1970/71 mieszkającego w Zakopanem od 1954 Tadeusza Brzozowskiego odwiedził dawny uczeń Liceum Kenara Jan Kunczyński, który wyemigrował do USA i tam w 1965 założył dobrze prosperującą firmę Yan Lift (Lift Engineering & Mfg Co), produkującą wyciągi narciarskie. Wynikiem tej wizyty było zaproszenie artysty do domu Kunczyńskich nad jeziorem Tahoe, położonym w górach Sierra Nevada na wysokości blisko 2 tys. metrów n.p.m. na granicy stanów Kalifornia i Nevada.
Brzozowski wyjechał do Stanów w sierpniu 1971, a wrócił w lutym roku następnego. Te kilka miesięcy spędził na intensywnym rysowaniu i malowaniu. Pisał do żony: "Pracuję jak nigdy. W 3 miesiące 11 obrazów + 26 rysunków – to cały mój przecież roczny ‘przybytek'. Pracuję w napięciu ‘amerykańskim'". List z 17.09.1971, w archiwum rodzinnym. [Cyt. za:] W. Brzozowski, "Notatki do biografii", [w:] "Tadeusz Brzozowski 1918–1987", [red.] A. Żakiewicz, Muzeum Narodowe w Warszawie 1997, s. 146.
Ponadto artysta wyrażał swój zachwyt tamtejszą przyrodą, co znalazło odbicie w jego obrazach. Plamy nabierały niespotykanej uprzednio świetlistości i przejrzystości, a także wyrazistych kolorów, co dla samego Brzozowskiego było zaskoczeniem.
Do wzmocnienia koloru w obrazach niewątpliwie przyczyniła się też znacznie lepsza jakość amerykańskich farb i wybór, który oszołomił artystę przyzwyczajonego do ograniczeń w ówczesnej Polsce . "Kolorowo maluję – bo widziałem sklep (4 piętra) z materiałami w San Francisco. Można oszaleć – wszystkie kolory, wszystkie odcienie, wszystkie faktury (…)" List z 17.09.1971, w archiwum rodzinnym. [Cyt. za:] W. Brzozowski, "Notatki do biografii", [w:] "Tadeusz Brzozowski 1918–1987", [red.] A. Żakiewicz, Muzeum Narodowe w Warszawie 1997, s. 146.
Mimo fascynacji światłem i odkrycia nowych możliwości w zakresie koloru Brzozowski pozostał przy dotychczasowych formach. Rysunki tuszem po staremu zawierały coraz bardziej skomplikowane konstrukcje połączone pazurkami i haczykami, pomiędzy które niekiedy wkradało się nieśmiałe lawowanie, obrazy zaś składały się z dużych obłych plam z towarzyszącymi im drobniejszymi elementami.
Artysta kontynuował też zwyczaj nadawania swoim pracom niezwykłych tytułów zaczerpniętych z języka dawnej Galicji, którym posługiwało się jeszcze pokolenie jego pochodzących ze Lwowa rodziców, którzy wraz z urodzonym w listopadzie 1918 małym Tadeuszem wkrótce potem przeprowadzili się do Krakowa. Była to specyficzna mieszanka polskiego, austriackiego niemieckiego, francuskiego, jidisz oraz lokalnych gwar ludowych. Jej egzotyka urzeka do dziś, choć wiele słów jest już niezrozumiałych, ale niespodziewanie poetyckich, a niekiedy nawet dźwięczących ukrytym w nich swoistym dźwiękiem czy wręcz muzyczną frazą . Tytuły obrazów to pojedyncze słowa, rysunków zaś – zdania, na ogół dwuwyrazowe z rzeczownikiem-podmiotem oraz czasownikiem użytym w czasie teraźniejszym. Ważnym ich elementem jest specyficzny, dość popularny na południu Polski szwejkowski humor.
Obrazy Brzozowskiego sytuujemy w nurcie dość powszechnej zarówno w Polsce, jak i całej Europie w latach 60. i 70. XX wieku tzw. abstrakcji organicznej. I rzeczywiście – jest to malarstwo generalnie nieprzedstawiające, jednak w wielu z nich można się dopatrzeć form kojarzących się z umownie potraktowanymi postaciami osadzonymi na cienkich nóżkach. A niektóre tytuły prac stanowią ich trafną i zabawną puentę. I tak na przykład "STRÓŻKA" to korpulentna postać obsypana u góry barwnymi cienkimi kreskami – jakby nieco pretensjonalną, ondulowaną fryzurą. Tytuł "PEPINIERA" oznacza zakład wychowawczy (lub szkółkę leśną), widzimy więc w tym obrazie sztywną postać z czymś w rodzaju siekiery o jaskrawozielonym ostrzu, czyli narzędziem okrutnej dyscypliny. W centrum "DUBLETU" artysta umieścił dwie czarne ukośnie usytuowane rury o kwadratowym przekroju z jaskrawożółtym wypełnieniem, połączone cienkimi drucikami namalowanymi impastem. "PAPILOTY" to kłębowisko puszystych linii nad czarną poziomą obłą formą, kojarzące się z burzą loków na głowie, "RONT" zaś zawiera czytelną aluzję do wojskowych cholewek w postaci dwóch pionowych oranżowych plam. "FLEJTUCH" i "FLEJA" to niezwykle urokliwa para nieco mniejszych od innych obrazów o wysmakowanej kolorystyce utrzymanej głównie w brązowej tonacji z akcentami żółci, błękitu i czerwieni. W tajemniczym "GRAJZLERAJU", czyli małym sklepiku z tandetą, dominuje rozmyty błękit, tworzący iluzję przestrzeni, w którą możemy zajrzeć jak przez niezbyt czyste okno wystawowe. A w obrazie o groźnym tytule "POHYBEL" duża niebieska forma rozpycha się i przytłacza całość.
Z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w rysunkach, choć w przeciwieństwie do obrazów, których tytuły kryją się dyskretnie na blejtramach na odwrociach prac, napisane zwykłymi wersalikami, tytuły rysunków są wpisane kunsztownym kaligraficznym pismem na ich licach, będąc nieodłączną częścią każdej z kompozycji. I jedne, i drugie tytuły są w cudzysłowach, jakby artysta chciał podkreślić ich umowność, zaznaczyć dystans. Niemniej – formy zawarte w rysunkach także zdają się w przewrotny sposób korespondować z tytułami.
W każdym rysunku można dopatrzeć się aluzji do tytułu, mniej lub bardziej widocznej. Sam Brzozowski, podsumowując pod koniec życia swoją twórczość, wiąże fascynację wymyślaniem niezwykłych, oderwanych od potocznej rzeczywistości tytułów z surrealizmem, ale nie tym ortodoksyjnym, który zakładał automatyzm działania, ale tym, w którym artysta świadomie komponuje i nazywa swoje prace, choć nie wyklucza też niespodzianek, zabawy znaczeniami, zaskakiwania widza.
Cała kolekcja prac stworzonych nad jeziorem Tahoe została zaprezentowana w 2 połowie stycznia 1972 w galerii architekta Donalda McDonalda w San Francisco. Niestety, żadna z prac nie znalazła nabywcy. Ewidentnie były one dla Amerykanów, zwłaszcza z hedonistycznie nastawionego Zachodniego Wybrzeża Stanów, zbyt trudne, zbyt wyrafinowane, zbyt zanurzone w europejskiej tradycji. W tym czasie zresztą w USA królował radosny, niezbyt skomplikowany pop-art, który z kolei słabo przyjmował się w Europie. Może najbliższe tej tendencji były niewielkie prace, które Brzozowski wykonał jako podarunki dla swoich gospodarzy. Dwie z nich "LELUM" i "POLELUM" to plastry pni drzewnych z namalowanymi na nich buźkami – czerwoną i zieloną – na żółtym tle. Lelum i Polelum to postacie z mitologii słowiańskiej, połączeni łańcuchem bracia, synowie króla Wenedów zabici przez króla Lecha , ale jednocześnie potoczne określenie człowieka powolnego, fajtłapy. Ta niezwykle charakterystyczna dla Brzozowskiego dwuznaczność oraz połączenie humoru z tragiczną legendą świetnie pokazuje dwa oblicza nie tylko jego twórczości, ale też wielu dzieł sztuki współczesnej, w której często wątki te się przeplatają. "LELUM" i "POLELUM" stanowią także zapowiedź późniejszej o dekadę twórczości artysty – niewielkich obrazów malowanych w latach 80. XX wieku głównie dla przyjaciół. Bardzo podobne w formie, z różnymi niezwykłymi tytułami były pięknymi "drobiazgami", każdorazowo dostosowanymi do adresata, analogicznie zresztą do żartobliwych życzeń świątecznych dla rodziny Kunczyńskich OBY WAM LYFTINDŻIIRYNGU LECIAŁO O.K. z jaskrawoczerwonym stworem o żółtym łebku oraz niebieskimi (reniferowymi?) różkami i nóżkami na jasnozielonym tle.
Brzozowski bawił się zarówno formą plastyczną, jak i słowem, które było dla niego tworzywem wyrafinowanego żartu. Zderzał te dwa gatunki, uzyskując nową, unikatową jakość. Artysta pokazywał przy tym, jak ważna jest intencja twórcy i intelektualna zawartość dzieła, niezależnie od tego, w jakim stopniu odnosi się ono do empirycznej rzeczywistości. Uświadamia nam to, że tak naprawdę świat można przekonywająco opisać wyłącznie przy pomocy metafory. A Brzozowski był w tym mistrzem.