Generał Brandt

 

Józef Brandt (1841 Szczebrzeszyn - 1915 Radom), Pochód z łupami - powrót z wyprawy wiedeńskiej, około 1883-84

 

 

Chociaż wiekiem podeszły W życiu jeszcze żwawy. Podpisuje się zawsze Pan Józef z Warszawy [tekst ulotki zgadywanki z jednego z balów monachijskich; lata 90. XIX wieku]

Życiu Brandta poświęcono kilka sążnistych opracowań, jego prace prezentowano na kilku monograficznych wystawach, opublikowano katalogi, albumy, popularnonaukowe książki... Biografię artysty znamy na wylot, a jego sztuka zajmuje czołowe miejsce w polskim i europejskim kanonie przełomu XIX i XX wieku. Mimo to Brandt zdaje się umykać próbom wtłoczeniu w schemat biograficznej noty. Jego życie i spektakularna kariera nie dają się zamknąć w modelu "urodził się – kształcił – tworzył – zmarł". Wyliczenie nauczycieli Brandta nie wyjaśnia stylistycznego aspektu jego sztuki. Wymienienie obrazów będących "kamieniami milowymi" jego twórczości nie pozwala ułożyć jej w logiczną całość. Analiza życia rodzinnego nie wyjaśnia, jakim był człowiekiem. Czy Brandt był wychuchanym i wypieszczonym paniczem z dobrego domu? Pracowitym chłopakiem z prowincjonalnego kraju, który własną pracą zrobił karierę w jednej z największych metropolii Europy? Osobą serdeczną i koleżeńską, czy megalomanem, który obsesyjnie dążył do zdobycia pozycji lidera (nie bez przyczyny monachijscy koledzy widzieli w nim "generała")?

Dla porządku przypomnijmy podstawowe fakty: Brandt pochodził z dobrze sytuowanej, spolonizowanej rodziny inteligenckiej. Urodził się na Lubelszczyźnie, dorastał (osierocony przez ojca) w Warszawie. Pod wpływem krewnych rozpoczął studia inżynieryjne w Paryżu, ale poznawszy Juliusza Kossaka, szybko zmienił zamiar. Jako dwudziestolatek debiutował w warszawskiej Zachęcie. W 1862 roku zapisał się na studia w Monachium, gdzie wystawiał wielkoformatowe obrazy batalistyczne. Już jako student zdobywał pierwsze nagrody. Zawiązywał przyjaźnie wśród emigrantów z Polski. W latach 70. XIX wieku dysponował przyzwoitymi dochodami, otworzył obszerną i elegancką pracownię. Nawiązał w tym czasie kontakty z dworem bawarskim, które w kolejnej dekadzie zaowocowały tytułami, orderami i medalami. W 1877 ożenił się z Polką i zaczął dzielić życie między Monachium a Orońsko. Aż do śmierci w 1915 cieszył się niesłabnącą przychylnością publiczności i środowiska artystycznego. Krytyka pisała o nim często w tonie patriotycznej dumy, jako o Polaku, który odwołując się do lokalnej przeszłości, zrobił karierę w wielkim świecie.

Rysą na patriotycznym wizerunku Brandta pozostał brak powstańczej karty z 1863. Innych razić mogła z kolei "książęcość" artysty i bliskie obcowanie z rodziną królewską (regent Bawarii był nawet ojcem chrzestnym córki Brandta). Nie ulegał też wątpliwości brak entuzjazmu Brandta wobec polskich instytucji artystycznych (w 1891 odrzucił propozycję kierowania Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie). Wreszcie: nie bez przyczyny sygnował swoje obrazy, dodając do nazwiska pisaną po polsku wzmiankę "z Warszawy"… Jeśli wziąć pod uwagę, że jego obrazy kupowano głównie w Niemczech, Francji i Stanach, "polska" sygnatura wydaje się rodzajem manifestu. Czy jego polskie sygnatury, stawiane na obrazach nieprzeznaczonych dla polskiej publiczności, były ukłonem w stronę ziomków, którzy mogli oglądać prace w pracowni Brandta przed wystawieniem na sprzedaż? Czy były może efektem strategii, zabezpieczeniem przed oskarżeniami o zbyt duże zarobki, zbyt kosmopolityczną karierę? Jakie docinki skłoniły Brandta do podkreślania na każdym kroku, że jest Polakiem?

Być może klucza do zrozumienia sytuacji Brandta w Monachium należy szukać nie tylko w jego polskim kręgu i w znajomościach zawiązanych wśród książąt bawarskich. Te zapewniały mu co prawda społeczną pozycję, ale kapitał ekonomiczny artysta zdobywał gdzie indziej. Tylko nieliczne prace znajdywały nabywców na oficjalnych wystawach Kunstverein. Tylko kilku kolekcjonerów kupowało bezpośrednio od artysty. Właściwymi kanałami sprzedaży obrazów Brandta były za to renomowane galerie: w Monachium były to Galerie Wimmer i, po 1902, Galerie Heinemann. W Paryżu Brandta wystawiała Galerie Georges Petit. Wszystkie trzy zaliczały się do grona najważniejszych graczy rynku sztuki tamtych czasów. Do ich klientów należały koronowane głowy, przedsiębiorcy, politycy, amerykańscy przemysłowcy. Wszystkie trzy posiadały dalekosiężne stosunki międzynarodowe i doskonałą reputację. Wszystkie trzy słynęły z wyławiania nowych talentów (Georges Petit jako jeden z pierwszych sprzedawał Moneta i impresjonistów). Przede wszystkim zapewniały jednak artyście godne zarobki.

 

"Tygodnik Ilustrowany" 1907, nr 36, s. 726-727