Post-War and Contemporary Art | 1 session (results)
10 December 2015 7 PM CET

Hammer price: 130,000 PLN
LOT number
5

Hammer price: 130,000 PLN

oil, mixed media on canvas, 139 x 100 cm
signed and dated lower right: 'Kobzdej | 1959'
described on stretcher: 'Aleksander Kobzdej 1959 Poludniowy 139 x 100'
ID: 37640
Provenance
  • Gres Gallery, Washington
  • private collection, USA
  • Bonhams , New York, 7.11.2011
  • private collection, Poland
Literature
  • 15 Polish Painters, exhibition catalogue, Museum of Modern Art, New York 1961, p. 34 (ill.)
Exhibited
  • "15 Polish Painters", Museum of Modern Art, New York, 1961 (Carnegie Institute, Pittsburgh; Minneapolis Institute of Art, Minneapolis; Washington University, St. Louis; William Proctor Institute, Utica Munson, 1962; Museum of Fine Arts, Montreal, 1962; The National Gallery of Canada, Ottawa, 1962)
  • French and Company Gallery, solo show, New York, April 1960
  • Gres Gallery, solo show, Washington, 1960
More information
"W malarstwie Kobzdeja odczuwa się międzynarodowe tchnienie. Jest ono nie tylko pozbawione całkowicie charakteru przedstawiającego, lecz jest zaabsorbowane fakturą i materią, tak charakterystyczną dla obecnej awangardy. Podobnie jak współcześni malarze hiszpańscy prezentowani ubiegłej zimy w Nowym Jorku, którzy mają być niebawem ponownie pokazani w tutejszej Corcoran Gallery, Kobzdej przedstawia prace, które mają niemalże kształt płaskorzeźb, ze starannie zbudowanymi fakturami, żłobionymi, nacinanymi, wyciąganymi i wciskanymi w powierzchnię przypominającą kruszejący gips lub ceglany mur, wygarbowaną skórę, archeologiczną ruinę albo śnieżny nawis. Lecz o ile barwy u Hiszpanów są zimne, surowe i powściągliwe, to Kobzdej jest kolorystą o rzadkiej wrażliwości i przenikliwości. Potrafi podejmować najbardziej delikatne i kobiece niuanse i wbudowywać je w pomniki. Blady róż, delikatny błękit i blady fiolet, seledynowa zieleń, wszystkie te barwy są wyważone i znajdują przeciwwagę w innych tonach o wielkiej sile i męskości, co czyni z nich tonacje tak świetliste, że zdają się być od tyłu podświetlone. Pierre Courthion, francuski krytyk, pisząc o kolorze u Kobzdeja, stwierdził: 'Wzbogacił on jeszcze bardziej swoje możliwości, pogłębiając swoją skalę niuansów, poprzez jeszcze bardziej poruszającą gradację wrażliwości, i wypracowując jeszcze bardziej subtelną delikatność swych środków ekspresji'. Kobzdej nie uważa siebie za malarza abstrakcjonistę, chociaż jego sztuka nie jest przedstawiająca. Ma silne poczucie rzeczywistości i bezpośredniości świata, który tworzy: faktury są powierzchniami rzeczywiście istniejącymi w przestrzeni, a nie abstrakcjami wysnutymi z konkretnego świata, lecz oryginalnymi materiałami w wyimaginowanym świecie" (Leslie Judd Ahlander, Polski malarz otwiera sezon galerii Gres, "The Washi ngton Post", marzec 1960 , cyt. za: Aleksander Kobzdej, katalog wystawy w galerii Gaga, Warszawa 2008, s. 24-25). Lata 1958-61 to okres bardziej zaangażowanego lub powierzchownego zainteresowania malarstwem materii, który zaobserwować można u większości artystów rodzimej awangardy. Malarstwo materii było w polskim kontekście przejawem wyzwalania się z pikturalizmu, próbą przełamania dominacji formuły kolorystycznej. Kobzdej, przebywając u schyłku lat 50. w Paryżu, znajduje się u samego źródła płynących nieprzerwanym strumieniem inspiracji - ogląda płótna Jeana Fautriera czy Dubuffeta. Ostateczne zerwanie z socrealistyczną ikonografią nastąpiło jednak w jego twórczości nieco wcześniej - w cyklu obrazów "Gęstwiny" (1955). Wówczas też w jego malarstwie nastąpiły radykalne przeobrażenia. Odszedł od sztuki figuratywnej i zaczął malować metaforyczne kompozycje, poruszające często wątki eschatologiczne: "obrazy-ikony, których prymitywna forma ludowej kapliczki kontrastuje z bogactwem niezwykle wyszukanych zestawień kolorystycznych; obrazy-idole (1958-59) z centralnie umieszczoną postacią - surowe, groźne, tajemnicze; obraz-relikwiarze, o chropowatej fakturze spatynowanej skóry, w którą 'oprawiono' gładkie i lśniące płytki farby na kształt szlachetnych kamieni ('Określony', 1958, 'Ocalony' 1958, 'Bezradny' 1959, 'Rozłupany' 1959, 'Opustoszały' 1959), (Aleksander Wojciechowski, Młode malarstwo polskie 1944-1974, Wrocław 1983, s. 85). W tytułach jego obrazów obok tych dramatycznych, odnoszących się do surowej materii, rygorów elementarności, pojawiają się również te zainspirowane pejzażami - "Południowy" (1959), "Czarna wyspa" (1961). "Przez swoją substancję malarstwo Kobzdeja sprowadza naszą percepcję do wielkich tematów kosmicznych. Sugeruje poruszanie się ziemi i wód, ciosanie kamienia, pękanie drzewa, wznoszenie się ognia. Tu wszystko modeluje się w porządku najszczerszej prostoty, w gamie tonów, które powracając do genezy, mają rdzawe czerwienie, zieloność skały i błękit lazulitu. Czasem, wrażone w pęknięcia, ukazują się jakieś karbunkuły…" (Powrót laureata, "Życie Literackie", nr 40, 2.10.1960). Abstrakcyjne w formie obrazy przywołują żywe organizmy, kolorystyczna tkanka pulsująca w każdym miejscu płótna, "kształty decydujące o kompozycji, zrodzone z malarskich cząsteczek i komórek, przez intuicyjność swego powstania - same już stanowią zjawisko 'naturalne', zgodne z rozwojowymi prawami przyrody. Będą się różnie kojarzyć: z bogactwem uwarstwienia ziemi, z jej niepowtarzalną fakturą lub nieomal czytelnym pejzażem. Frazesem będzie mowa o muzyczności obrazu, lecz tak jest naprawdę. Obrazy - dobre obrazy - są zawsze muzyczne. Każdy walor kojarzy się z odmiennym rytmem i tonem. Tak jest tutaj. Inną właściwością jest antydekoracja. Żadne z płócien nie jest dekoracyjne. Byłby to dowód powierzchowności - złej tradycji abstrakcyjnego malarstwa. Kobzdej, znakomity rysownik i kolorysta, tworzy konkretne kształty, obleka je w pulsującą światłem i pigmentem materię, wydobywając w ten sposób z utworzonego organizmu - potwierdzenie jego materialnego i duchowego istnienia. Kobzej jest malarzem optymizmu. Propagatorem wiary w ciągłość narastających przemian, w bezużyteczność konserwatyzmu" (Stanisław Ledóchowski, Malarz optymizmu, "Przegląd Kulturalny", Warszawa, nr 8, 22.02.1963). "Było to w Krakowie, chyba w 1951 roku. Wchodzę któregoś dnia do Warszawianek i jak zwykle zastaję naszych. Jeden stolik gęsto zasiedlony − siedzą przy nim: Balzak (Mikulski), jego pamiętam wyraźnie, bodajże Brzozowski, Nowosielski, Skarżyński, ktoś tam jeszcze z inszych i jakiś nieznajomy. Witam się z przyjaciółmi, przedstawiam się nieznajomemu. Rewanżuje się swoim nazwiskiem: Kobzdej. Osłupiałem, bo to już było po 'Podaj cegłę' i zaskoczyła mnie obecność autora tego głośnego obrazu wśród moich przyjaciół. Przysiadam się, patrzę i słucham. Im dłużej słucham, tym bardziej osłupienie rośnie. Coraz mniej rozumiem, o co tu chodzi, co to wszystko znaczy. Kobzdej już na pierwszy rzut oka nie pasuje do 'naszej rodziny'. Twarz raczej boksera niż artysty, niezbyt urodziwa, ale sympatyczna, inny sposób bycia, swobodny, naturalny, ale troszkę rubaszny (w dobrym tego słowa znaczeniu), w każdym razie nie krakowski. Mówi lekko zachrypniętym głosem, mówi dużo i swobodnie, dowcipnie i nie głupio, ba, nawet interesująco i tak jakby to mówił ktoś z naszych. 'Zaraz, zaraz!' (jest to powiedzenie Olka), przecież autor 'Podaj cegłę' powinien mówić inaczej, a tu żadnego zgrzytu w rozmowie, raczej harmonia i obustronne zainteresowanie. A tematem rozmowy jest oczywiście sztuka, malarstwo, aktualna sytuacja w sztuce. Przecieram oczy i nie wierzę własnym uszom. Wszyscy moi przyjaciele są z Kobzdejem po imieniu i nie widzę w ich zachowaniu żadnego spięcia, żadnej ostrożności, żadnego zakłopotania". To fragment wspomnień Jerzego Tchórzewskiego, którego od momentu owego pierwszego spotkania z Aleksandrem Kobzdejem połączyła przyjaźń trwająca aż do przedwczesnej śmierci artysty. Przyjaciele, o których wspomina Tchórzewski − Nowosielski, Brzozowski, Mikulski − studiowali razem z Kobzdejem na krakowskiej ASP, tam zawiązała się znajomość, które wywołała u Tchórzewskiego taką konsternację. Jak tłumaczył mu później "Balzak" Mikulski: "[Olek] malował wtedy nowocześnie, jednak "coś mu się przekręciło, ale to sympatyczny i porządny człowiek". Aleksander Kobzdej faktycznie był jednym z niewielu romansujących z socrealizmem malarzy, który nie stracił sympatii środowiska, ba! nawet szacunku i zaufania do jego twórczości. Kiedy w drugiej połowie powrócił na "właściwą" drogę, z łatwością przekonał wszystkich, że jest malarzem z prawdziwego zdarzenia, i rozgrzeszony przez artystów i krytykę zajął właściwe mu miejsce w czołówce malarzy lat 60. − okresu wielkiego przełomu i najważniejszego manifestu polskiej twórczości na arenie światowej. "Olek" był uczniem szkoły sopockiej, w której wśród wszystkich artystycznych uczelni najwyraźniej chyba odznaczył się wpływ impresjonizmu spod znaku Maneta, podczas gdy na pozostałych uczelniach rozszalało się kapistowskie tornado. Spośród kapistów bliski jako artysta i przyjaciel był Kobzdejowi jedynie Artur Nacht- Samborski. Po zakończeniu wstydliwego epizodu z socrealizmem Kobzdej odbił się od owego syntetycznego koloryzmu w stronę ekspresji. Problemem, który zaprzątał wówczas umysły młodych artystów, był abstrakcyjny ekspresjonizm. Informel, taszyzm urzekły Kobzdeja podobnie jak większość malarzy z jego środowiska, dla których pojęcia te stały w najdalszej opozycji do realizmu, dawały więc poczucie największej swobody i oddechu. Jak pisał dalej w swoich wspomnieniach Tchórzewski: "Rozszalała się nad Polską taszystowska nawałnica − żywioł malarski pokazywał, co potrafi". W końcu lat 50. zeszły się więc drogi artystyczne "nawróconego" Kobzdeja, Tchórzewskiego, Kantora, Brzozowskiego i wielu innych, ale nie oznaczało to bynajmniej, że odtąd będą biegły tą samą trajektorią. Kolejne wystawy polskiego malarstwa w Wenecji i Genewie, udział w Biennale w São Paulo, Biennale Młodych w Paryżu, indywidualne wystawy w Paryżu, kolejno: Kantora, Kobzdeja, Lebensteina, Gierowskiego, Brzozowskiego i Dominika, doprowadziły do spektakularnego sukcesu polskiego malarstwa za granicą. Sukcesu, który francuska prasa ochrzciła mianem "le miracle polonais", a Jean Clarence Lambert pisał w 1960 roku o "niespodziewanym wstrząsie… Olśniewającym odrodzeniu malarstwa w Polsce…". I chociaż zatroskane tą kulturalną rewolucją komunistyczne władze starały się, jak mogły, utrudniać ekspansję polskiej sztuki, żelazna kurtyna znikła dla niej bezpowrotnie. Powróćmy jednak do samego Kobzdeja i krótkiego okresu, jaki dzielił go od powtórnego wkroczenia na ścieżkę awangardy do spektakularnego w jego karierze roku 1961. Międzynarodowy rozgłos przynosi mu V Biennale w São Paulo, gdzie otrzymuje najważniejszą w swojej karierze, II nagrodę za cykl "Idole". Dostrzega go krytyk sztuki Pierre Courthion, który staje się jednym z najważniejszych mecenasów jego sztuki i przyczynia się do jego wyjazdu do Paryża. Jak wspomina Kobzdej: "Zostałem zaproszony przez krytyka p. Pierre Courthion do wzięcia udziału w niewielkiej rozmiarami wystawie kilku francuskich malarzy, która to wystawa odbyła się w Paryżu, w grudniu 1959. Wystawiałem wówczas w galerii L'Ancienne Comedie wraz z Leonem Zack, Boilu i Debre. Następstwem tej wystawy był indywidualny pokaz około 30, już w Paryżu powstałych obrazów, zorganizowany w tejże galerii w lutym 1960 r. I znowu konsekwencją tej wystawy było zaproszenie ekskluzywnej galerii nowojorskiej French et Co., oraz propozycja szwajcarskiego krytyka p. Benadora. Tak więc część obrazów została przewieziona do New Yorku, zaś pozostałe płótna powędrowały wraz z panem Benadorem do Genewy". Po kwietniowej, nowojorskiej wystawie w galerii French and Company pojawiają się w większości lakoniczne, acz pełne entuzjazmu wzmianki w polskiej prasie. Tak relacjonuje wystawę "Przekrój": "Aleksander Kobzdej wystawiał w Nowym Jorku 25 obrazów malowanych w Polsce i Paryżu; żywe zainteresowanie, b. przychylne oceny". Równie entuzjastyczna, choć jakby jeszcze mniej fachowa jest cytowana w "Gazecie Białostockiej" wzmianka z "New York Timesa": "Kobzdej jest malarzem niezwykle uzdolnionym, który mimo posługiwania się współczesną techniką malarską nie wpada w manierę ornamentalizmu". W polskiej prasie nazwisko "Aleksander Kobzdej" nadal używane jest zamiennie z "autor 'Podaj cegłę'", mimo że wystawiane wówczas obrazy nie mają żadnego związku z cytowanym dziełem. Kolejnym amerykańskim sukcesem jest wystawa w waszyngtońskiej Gres Gallery, do której ściąga go młoda, energiczna kuratorka Beatrice Perry, która malarstwo Kobzdeja odkrywa podczas swojej krótkiej wizyty w Polsce na początku lat 60. Ona też przyczynia się do tego, że wystawienie prac Kobzdeja w nowojorskim MoMA staje się realne − trzy z wystawionych obrazów (w tym "Southerly") pochodzą z Gres Gallery. Waszyngtońska publiczność jest zachwycona pracami Kobzdeja, pochwałom nie ma końca. Kolejny krok stanowi "15 Polish Painters", która ugruntowuje wysoką międzynarodową pozycję Kobzdeja i cementuje jego amerykańskie sukcesy. Wystawia na tej wystawie siedem obrazów, głównie z okresu paryskiego. Płótna Kobzdeja nabywają do swych kolekcji MoMA, Rockefellerowie i jeden z najsłynniejszych wówczas amerykańskich kolekcjonerów sztuki − George David Thompson, w którego kolekcji płótno Kobzdeja zajmuje miejsce obok dzieł Paula Klee, Alberta Burriego, Jeana Dubuffeta, Alberta Giacomettiego, Joana Miró, Henry'ego Moore'a, Kurta Schwittersa czy Pabla Picassa.